Piłkarze ręczni Industrii Kielce w meczu 7. kolejki Ligi Mistrzów ulegli na wyjeździe węgierskiemu OTP Bank-Pick Szeged 27:28 (13:15). To czwarta porażka polskiego zespołu w tych rozgrywkach.
OTP Bank-Pick Szeged – Industria Kielce 28:27 (15:13)
OTP Bank-Pick Szeged: Roland Mikler – Mario Sostaric 5, Sebastian Frimmel 5, Imanol Garciandia 5, Janus Smarason 4, Jeremy Toto 4, Richard Bodo 3, Gleb Kalarasz 1, Lazar Kukic 1, Marin Jelinic, William Bogojevic, Mario Sostaric, Sebastian Frimmel, Bence Banhidi, Barnabas Rea, Borut Mackovsek, Benjamin Szilagyi.
Industria Kielce: Sandro Mestric, Miłosz Wałach – Dylan Nahi 7, Arkadiusz Moryto 5, Michał Olejniczak 4, Jorge Maqueda 3, Daniel Dujshebaev 3, Igor Karacic 2, Theo Monar 2, Arciom Karalek 1, Szymon Wiaderny, Benoit Kounkoud, Cezary Surgiel, Tomasz Gębala, Łukasz Rogulski.
Karne minuty: Pick – 4, Industria – 6. Sędziowali Slave Nikolov i Gjorgji Nachevski (Macedonia Północna).
Polska drużyna już od dłuższego czasu występuje w mocno okrojonym składzie. W Szegedzie zabrakło kontuzjowanych Hassana Kaddaha, Szymona Sićki, Alex Dujshebaeva i bośniackiego bramkarza Bekira Cordaliji. Do składu wrócili natomiast francuscy skrzydłowi Benoit Kounkoud i Dylan Nahi.
Kielczanie rozpoczęli od mocnego uderzenia. Pierwsze dwie bramki zdobył francuski kołowy Theo Monar. W ósmej minucie kontrę Industrii skutecznie wykończył Arkadiusz Moryto i goście prowadzili już 4:1. Widząc co się dzieje, trener węgierskiej drużyny Michael Appelgren poprosił o czas. Wskazówki szwedzkiego szkoleniowca pomogły, bo już kilkadziesiąt sekund po wznowieniu gry polski zespół wygrywał już tylko 4:3 (bramki Sebastiana Frimmela i Jeremy’ego Toto).
Wicemistrzowie Polski mieli problem z pokonaniem bramkarza Picku Rolanda Miklera. W 10. min gospodarzy po raz pierwszy w tym meczu na prowadzenie wyprowadził hiszpański rozgrywający Imanol Garciandia. Goście przezwyciężyli kryzys i Moryto po kapitalnym podaniu Jorge Maquedy pokonał Miklera. Industria wygrywała w tym momencie 8:7.
Kolejny okres gry to dominacja gospodarzy, którzy na osiem minut przed końcem pierwszej połowy prowadzili już 11:9 (Richard Bodo). Kielczanie co prawda doprowadzili do remisu (13:13, Daniel Dujshebaev), ale zespół z Szeged po bramkach Janusa Smarasona i Garciandii na przerwę schodził z zapasem dwóch trafień (15:13). Przed meczem sporo niepewności było co do postawy kieleckich bramkarzy. Tymczasem w pierwszych 30 minutach Miłosz Wałach miał sześć udanych interwencji, a Sandro Mestric obronił karnego.
Przez pierwsze dwie minuty drugiej połowy kielczanie grali w przewadze, a przez kilkadziesiąt sekund nawet w podwójnej (kary dla Boruta Mackovseka i Bence Banhidiego). Podopieczni trenera Tałanta Dujszebajewa wykorzystali to bezlitośnie. Po trafieniach Michała Olejniczaka i dwóch bramkach rozgrywającego świetny mecz (siedem bramek w całym spotkaniu) Nahiego, drużyna z Kielc wyszła na prowadzenie (16:15). Dwoma świetnymi interwencjami w tym czasie popisał się Wałach.
Teraz z kolei na ławkę kar powędrował Tomasz Gębala i to gospodarze dwukrotnie trafili do polskiej bramki (Frimmel i Bodo). Od tej pory poza nielicznymi wyjątkami niemal do samego końca spotkanie miało jeden scenariusz. Węgrzy odskakiwali na jedną bramkę, a kielecka ekipa doprowadzała do remisu. W głównych rolach nadal występowali obaj bramkarze Mikler (14 skutecznych interwencji w całym meczu) i Wałach (12).
W tym spotkaniu było praktycznie wszystko. Szybka gra z obu stron, piękne bramki, ale i proste błędy w ataku, jak i kapitalne parady bramkarzy. Kiedy na półtorej minuty przed końcem gospodarze po trafieniu Smarasona wyszli na dwubramkowe prowadzenie (28:26), wydawało się, że jest już po meczu. Nadzieje gościom przywrócił Arciom Karalek.
Na 20 sekund do końca przy prowadzeniu zespołu z Szegedu 28:27, o czas poprosił Appelgren. Po wznowieniu gry błąd kroków popełnił Smarason i kielczanie mieli szansę na doprowadzenie do remisu. Tym razem na rozmowę wezwał swoich podopiecznych Tałant Dujszebjew, ale w ostatniej akcji rzut Jorge Maquedy obronił Mikler. Polski zespół przegrał czwarte spotkanie w tym sezonie Ligi Mistrzów.
– Określenie, że był to fajny mecz to dla nas trochę za mało. Przyjechaliśmy tu w jednym celu: zdobyć komplet punktów. Przebieg spotkania pokazał, że nasza determinacja była bardzo duża. Od początku chcieliśmy narzucić swój styl gry. Wyglądało to naprawdę obiecująco. Natomiast z biegiem czasu zabrakło w obronie troszeczkę koncentracji i takiego wyrachowania, bo byliśmy blisko. Ciężka praca w obronie nie zawsze przynosiła nam to co chcieliśmy, czyli przechwyt piłki. Ostatnią akcję meczu mieliśmy rozpisaną. Niestety, w takich chwilach kiedy jest duże zmęczenie i puls pod dwieście to nie wyszło tak jak było zaplanowane. Szkoda, bo remis byłby najbardziej sprawiedliwym rezultatem – ocenił drugi trener Industrii Krzysztof Lijewski.
– Walczyliśmy jak lwy. Czego zabrakło? Może chłodnej głowy w końcówce. Może mogliśmy trochę dłużej zagrać ostatnią akcję, trafić i byłby remis. Jednak to są ogromne emocje i nie wykorzystaliśmy szansy, którą mieliśmy. Od 40-45 minuty to gospodarze prowadzili, a my goniliśmy tę jedną bramkę. Może dlatego oni mieli taką lekką przewagę psychologiczną. Był to mecz walki i bardzo wyrównany – podsumował bramkarz Industrii Miłosz Wałach.