Równo 90 lat temu, 16 stycznia 1936 roku, do klasztoru na Świętym Krzyżu przybył pierwszy oblat. Tak rozpoczęła się historia obecności Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej na Łyścu. Obchody roku jubileuszowego rozpocznie wydarzenie, które odbędzie się w piątek (16 stycznia) w świętokrzyskiej bazylice.
– Jest takie powiedzenie, że benedyktyni umiłowali góry, cystersi doliny, a oblaci ruiny – mówi ojciec Bogusław Harla, ale patrząc na historię obecności Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej na Świętym Krzyżu, w tych słowach jest wiele prawdy.
W 1819 roku kasata klasztoru zakończyła dzieje benedyktynów na Świętym Krzyżu. W budynkach zakonnych najpierw działał dom poprawczy dla Księży Zdrożnych, a potem zostało zorganizowane więzienie.
Ojciec Bogusław Harla przypomina, że w 1919 roku trzej benedyktyni podjęli próbę odzyskania klasztoru.
– Wiadomo, że było tutaj więzienie i nie było perspektywy, by go zlikwidować. Benedyktyni uznali, że w takiej sytuacji wskrzeszenie życia benedyktyńskiego w tym miejscu jest niemożliwe. Do 1921 roku, jako jedyny, został ojciec Klemens Piotrowski. Był zmęczony i sfrustrowany brakiem wsparcia ze strony władz zakonnych, ale także państwowych i kościelnych – mówi.
Trudne sąsiedztwo
Kiedy ojciec Klemens odjechał, pieczę nad częścią kościelną, obejmującą dzisiejszą bazylikę, kaplicę Oleśnickich i część krużganków, przejęła diecezja sandomierska, księża diecezjalni. Ale jak zauważa o. Bogusław, na jednego księdza to było za dużo.
W 1932 roku po raz pierwszy na Świętym Krzyżu pojawił się oblat, ojciec Jan Kulawy.
– Trzeba wspomnieć ks. prałata Stefana Świetlickiego, który jako pierwszy, jeszcze w 1932 roku przywiózł na Święty Krzyż ojca Jana, pokazał mu, jak wygląda to miejsce, opowiedział historię. Ciekawostką jest, że ks. Świetlicki był proboszczem parafii w Wierzbniku, wtedy już części Starachowic, a tamtejsza parafia została założona przez benedyktynów świętokrzyskich – dodaje.
Ojciec Bogusław zauważa, że potrzeba było czasu, zanim zapadły ostateczne decyzje.
– Cztery lata rozmów, przekonywania, ale też było dużo modlitwy, bo ojciec Jan przeżywał to w dużym zaufaniu Opatrzności Bożej i był naprawdę pozytywnie nastawiony. W rozmowach, listach do prowincjała, do współbraci, które pisał, by ich przekonać, zawsze przedstawiał Święty Krzyż w jak najlepszym świetle. Te starania zakończyły się tym, że 16 stycznia 1936 roku ojciec Jan, jako pierwszy oblat wprowadził się na Święty Krzyż – podkreśla.
Pierwszych świętokrzyskich oblatów sąsiedztwo groźnych przestępców nie przerażało, choć obok nich było więzienie ciężkie, w którym karę odbywał m.in. ukraiński zbrodniarz Stepan Bandera. Jak tłumaczy ojciec Bogusław Harla, praca z więźniami mieści się w charyzmacie oblatów.
Krzyż siłą dla ojca Jana Kulawego
– Sama nazwa Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej sugeruje, że jesteśmy zgromadzeniem misyjnym, ale tak historycznie mówiąc, nasze zgromadzenie zostało założone dla opuszczonych. Nasz założyciel, św. Eugeniusz de Mazenod pracował wśród więźniów, więc to nie była obca posługa i nie w chryzmacie. Wręcz przeciwnie, w charyzmacie. Byliśmy opiekunami wielu sanktuariów, przede wszystkim maryjnych, ale to, co głównie dodawało nam sił, i co dodaje innym, którzy przychodzą tu, na Święty Krzyż się modlić, to jest krzyż Pana Jezusa. Kiedy zobaczymy oficjalny, pełny strój oblata Maryi Niepokalanej, to jedyna rzecz, która nas odróżnia od księży diecezjalnych, to jest właśnie krzyż. Św. Eugeniusz, który poszukiwał prawdy, czuł się zagubiony, przyszedł do kościoła. Prawdopodobnie było to w 1807 roku, w Wielki Piątek. Podczas adoracji krzyża doświadczył tak dużej bliskości i miłości Boga, że postanowił wszystko dla niego zostawić. Został księdzem diecezjalnym, a później założył grupę księży diecezjalnych, którzy stali się początkiem Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Więc i sam krzyż, i posługa wśród więźniów nie odstraszała nas – zaznacza.
Ojciec Bogusław zwraca uwagę, że też nie było zbyt wielu chętnych zgromadzeń, by zamieszkać na Świętym Krzyżu.
– Jest takie powiedzenie, że benedyktyni umiłowali góry, cystersi doliny, a oblaci ruiny. Tego Świętego Krzyża niewielu chciało przyjąć. My, jako nowe wówczas zgromadzenie, bo byliśmy w Polsce od 1920 roku, szukaliśmy miejsca, gdzie moglibyśmy prowadzić to życie zakonne. Ale właśnie posługa wśród tych zagubionych i krzyż Pana Jezusa były siłą dla ojca Jana Kulawego i dla przyszłych pokoleń oblatów – zaznacza.
Cud na budowie
Obraz zakonnego życia świętokrzyskich oblatów pokazują dokumenty, które się zachowały z tamtych czasów – kroniki i listy. Jak wyjaśnia duchowny, jego poprzednicy podchodzili do swoich obowiązków z entuzjazmem.
– Najwięcej problemów generował sam zarząd więzienia, który miał wizję rozbudowy aresztu. Nie mieliśmy złudzeń, że uda się powiększyć teren klasztoru. Dostaliśmy to poletko, które mieliśmy „uprawiać”. Ojcowie byli kapelanami więźniów, ale też strażników, mieli bardzo dobre relacje z rodzinami strażników, które też mieszkały na Świętym Krzyżu. Ojcowie pracowali nad odremontowaniem klasztoru. Robili to z udziałem mieszkańców okolicznych miejscowości, został powołany Komitet Odbudowy Świętego Krzyża. Było wiele radości, entuzjazmu, ale to wszystko było osadzone w głębokiej wierze. I zdarzyło się, że w czasie remontu jeden z pracowników spadł z wysokiego rusztowania, ale nic mu się nie stało. Wszyscy mówili o jakimś cudzie, że jednak Pan Bóg chce oblatów w tym miejscu – relacjonuje.
Ale nie brakowało też przeciwności, a największym problemem była ogromna bieda.
Praca oblatów przyniosła efekty.
– W 1939 roku ta część kościelna wyglądała dobrze, klasztor był przygotowany na przyjęcie większej grupy ojców, było ich nawet w pewnym momencie 13-14. Niestety, wszystkie plany pokrzyżował wybuch II wojny światowej – dodaje ojciec Bogusław.
Okupant na Świętym Krzyżu
Niemcy dość wcześnie pojawili się na Świętym Krzyżu.
– Najpierw była sprawa związana z rozstrzelaniem niemieckich szpiegów, których ojcowie pochowali na Bielniku, czyli w miejscu, gdzie dziś jest cmentarz jeńców radzieckich. Pochowali ich na szybko. Ojciec Jan i oblaci mieli nieprzyjemności ze strony Niemców, którzy ostatecznie wykopali tych swoich szpiegów i później jeszcze raz ich pochowali. Natomiast potem, bo już 6 września było bombardowanie klasztoru. Najbardziej ucierpiało skrzydło północne, które było doszczętnie zniszczone. To jest ta część, w której dziś znajduje się sklep z pamiątkami, pokoje ojców i pokoje dla pielgrzymów. Odbudowano ją dopiero w 1974 roku, takie wielkie to było zniszczenie – podkreśla.
Jak relacjonuje ojciec Bogusław, w opuszczonym więzieniu swoje miejsce znalazł obóz jeniecki dla żołnierzy radzieckich.
– Zostało tylko trzech oblatów, którzy, co tu dużo mówić, byli służbą dla Niemców. Pozostali ojcowie rozpierzchli się po okolicznych parafiach, mieszkali w prywatnych domach, pomagając rolnikom, pracowali w lesie, ale też w urzędzie gminy w Nowej Słupi, gdzie pomagali zdobyć tzw. „czyste papiery” – mówi.
Od początku okupacji Niemcy zdawali sobie sprawę, że klasztor i zabudowania byłego więzienia na Świętym Krzyżu stanowiły doskonałe miejsce do działań konspiracyjnych. Gestapo podejrzewało także zakonników o współpracę z polskim ruchem oporu. 3 kwietnia 1940 roku przypuścili nalot na klasztor, kilku zakonników aresztowali. Nie wszyscy wrócili. Po tej akcji superior ojciec Jan Finc został zabity podczas egzekucji zbiorowej w lesie na kieleckim Stadionie. Na tym się nie skończyło.
Podczas II wojny światowej z polskiej prowincji Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów zginęło łącznie 40 zakonników. Z tej liczby aż pięciu ojców pochodziło z klasztoru na Świętym Krzyżu i było osadzonych w kieleckim więzieniu przy ulicy Zamkowej. Byli to wspomniany już ojciec Jan Finc, ale także ojcowie Jan Wilhelm Kulawy, Paweł Kulawy i Jan Pawołek – zmarli w obozie koncentracyjnym Auschwitz oraz ojciec Antoni Leszczyk – w obozie na Majdanku.
– Do pierwszych lat oblatów na Świętym Krzyżu podchodzę z wielką pokorą. Mimo wielu trudności, nie było momentu, żeby oblaci opuścili Święty Krzyż, nawet za cenę bycia służącymi dla SS-manów. Dla nich najważniejsza była ochrona relikwii Drzewa Krzyża Świętego, co dzięki Bogu się udało – podkreśla ojciec Bogusław.
Po II wojnie światowej rozpoczęła się odbudowa klasztoru, która trwa po dziś dzień.
Jubileusz i promocja „Spicilegium”
Dzieje świętokrzyskich oblatów będzie można poznać podczas wydarzenia, które odbędzie się w piątek, 16 stycznia, o godz. 17.00, w bazylice na Świętym Krzyżu. W programie spotkania znalazła się promocja „Spicilegium”. Jak mówi prof. Krzysztof Bracha – mediewista, kierownik Pracowni Literatury Średniowiecza w Instytucie Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk, to najważniejsze dzieło rocznikarskie, jakie powstało w opactwie na Świętym Krzyżu. Jego autor, Gerard Lefebvre de Lassus – francuski opat, wykonał gigantyczną, wręcz benedyktyńską pracę.
– Porządkował bibliotekę, porządkował archiwum i przy okazji do oddzielnego, własnego dzieła kronikarskiego wpisywał wszystko to, co go interesowało, co jego zdaniem zasługiwało na uwagę. Taka była w owym czasie moda historiograficzna w Europie, szczególnie w środowisku benedyktyńskim. W ten sposób zachowała się część tego dziedzictwa piśmienniczego, rocznikarskiego, archiwalnego benedyktynów w takiej formie, którą moglibyśmy określić jako mini archiwum, czyli w jednym wielkim woluminie, który teraz udostępniamy w formie tłumaczenia. W ten sposób mamy dostęp do ogromnej wiedzy na temat klasztoru – zaznacza.
Wstęp na wydarzenie jest wolny.














