Prima aprilis nie ma jednego źródła, ale wyrasta z uniwersalnej potrzeby zabawy i odwracania norm – podkreśliła dr Beata Maksymiuk, kulturoznawczyni z UMCS. Jej zdaniem współczesne żarty różnią się od dawnych głównie skalą i obecnością mediów.
Pochodzenie prima aprilis pozostaje niejasne, a mnogość teorii – od starożytnego Rzymu po XVI-wieczną Francję – pokazuje raczej złożoność zjawisk kulturowych niż ich jednoznaczne źródła – oceniła Beata Maksymiuk z Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej.
Jak wskazała badaczka, żadna z popularnych hipotez nie wyjaśnia w pełni genezy tego zwyczaju. Zarówno rzymskie święto Hilaria, jak i reforma kalendarza we Francji w 1564 r., kiedy początek roku przeniesiono na 1 stycznia, są wiarygodne, ale niewystarczające.
Z perspektywy kulturoznawczej prima aprilis należy rozumieć szerzej – jako element rytuałów przejścia związanych z końcem zimy i nadejściem wiosny. – W wielu kulturach pojawiały się w tym czasie momenty śmiechu, chaosu i odwrócenia norm – zaznacza Maksymiuk, wskazując m.in. na europejski karnawał czy indyjskie święto Holi.
Zdaniem ekspertki zwyczaj ten przyjął się w Polsce nie tylko jako zapożyczenie z Zachodu, ale dlatego, że odpowiadał na uniwersalną potrzebę społeczną – zabawy, integracji i rozładowania napięcia.
Dawne żarty miały charakter bardziej kameralny i opierały się na bezpośrednich relacjach. Popularne było np. wysyłanie kogoś z niemożliwym do wykonania zadaniem, co dało początek powiedzeniu „chodzić po próżnicy”. Humor był kreatywny, ale podporządkowany zasadzie, by nikogo nie krzywdzić.
Współcześnie – jak zauważyła badaczka – pranki często tworzone są „pod kamerę” i z myślą o zasięgach w mediach społecznościowych. Zmieniła się skala, ale nie mechanizm: żart nadal opiera się na zaufaniu i relacji między ludźmi.
Prima aprilis pozostawił także ślad w języku, ucząc ostrożności wobec informacji. – To dzień, w którym standardowe reguły interpretowania rzeczywistości przestają działać – podkreśla dr Maksymiuk.
Ekspertka przypomniała, że tradycja żartów medialnych ma długą historię. Już w międzywojniu gazety publikowały fikcyjne, lecz wiarygodnie opisane doniesienia, odpowiadające na realne problemy społeczne.
Obecnie, w dobie internetu, szybkie rozprzestrzenianie się informacji sprawia jednak, że granica między żartem a dezinformacją bywa trudniejsza do uchwycenia. Dlatego – jak wskazała – coraz częściej podkreśla się, by unikać żartów dotyczących zdrowia, bezpieczeństwa czy polityki.
Mimo zmian forma i funkcja zwyczaju pozostają aktualne. – Dopóki istnieje potrzeba śmiechu, dystansu i wspólnoty, dopóty będzie istniał dzień, w którym możemy oszukać świat – a świat może oszukać nas – podsumowała kulturoznawczyni.
Mira Suchodolska (PAP)Całą rozmowę z dr Beatą Maksymiuk opublikujemy o godz. 6.45.








