Legia Warszawa podejmie w piątek Widzew Łódź w ligowym klasyku, który elektryzuje piłkarską Polskę. Podobnie jak kiedyś stawka meczu jest ogromna, choć zupełnie inna niż oczekiwano w obu klubach przed sezonem. To obecnie sąsiedzi w tabeli, walczący o… utrzymanie w ekstraklasie.
Rywalizacja Legii z Widzewem jest zawsze wielkim wydarzeniem, bez względu na okoliczności. Tym razem odwieczni rywale zagrają w piątek o 20.30 na Łazienkowskiej.
Na cztery kolejki przed zakończeniem sezonu warszawski zespół zajmuje 15. miejsce w tabeli z dorobkiem 37 punktów, z przewagą jednego nad… 16. Widzewem, otwierającym strefę spadkową.
A przecież to nie tak miało wyglądać. Łódzki klub po zmianach właścicielskich – większościowym udziałowcem spółki został ponad rok temu Robert Dobrzycki, znany przedsiębiorca z jednej z największych firm deweloperskich na świecie, który od dawna kibicuje Widzewowi i już wcześniej wspierał go finansowo – chciał wrócić do walki o europejskie puchary. W letnim i zimowym okienku transferowym Łodzianie wydali na nowych piłkarzy ponad 20 milionów euro, bijąc krajowe rekordy. Byli tak mocni, że potrafili nawet sprowadzić czołowego obrońcę Legii Steve’a Kapuadiego.
Na papierze skład Widzewa jest imponujący, wielu zawodników to reprezentanci kraju, jak kadrowicze Jana Urbana – bramkarz Bartłomiej Drągowski i obrońca Przemysław Wiśniewski. Oni akurat nie zawodzą, ale transfery kilku obcokrajowców okazały się, przynajmniej dotychczas, rozczarowaniem.
W stabilności formy nie pomagały też liczne zmiany trenerów. Aleksandar Vuković jest już czwartym w sezonie, licząc z pracującym dość krótko na przełomie lata i jesieni Patrykiem Czubakiem.
Popularny „Vuko” poprawił wyniki Widzewa, przegrał dotychczas tylko jeden z siedmiu meczów (1:2 z Radomiakiem), tracąc oba gole w końcówce spotkania. Osoba trenera Widzewa wzbudza dodatkowe emocje przed klasykiem na Łazienkowskiej – to były piłkarz oraz trener gospodarzy, ceniony i szanowany przez kibiców ze stolicy.
Legia też inaczej wyobrażała sobie obecny sezon. Szybko odpadła z Pucharu Polski, w Lidze Konferencji nie przeszła fazy zasadniczej, a zatrudniony od początku roku Marek Papszun jest jej trzecim szkoleniowcem.
Warszawski zespół przystąpi do meczu podrażniony wydarzeniami w Poznaniu, gdzie przegrał z liderem Lechem aż 0:4. Piłkarze Papszuna długo grali jednak w dziesiątkę, po czerwonej kartce dla Rafała Augustyniaka.
Mimo takiej porażki wydaje się, że Legia jest faworytem piątkowego spotkania. Łodzianie wystąpią bowiem poważnie osłabieni. Vuković nie może skorzystać m.in. z trzech defensywnych pomocników – pauzującego za żółte kartki lidera drużyny Albańczyka Juljana Shehu, a także poważnie kontuzjowanych Duńczyka Lukasa Leragera (w ostatnim meczu doznał zerwania ścięgna Achillesa) i Szymona Czyża. Do końca sezonu nie zagra również norweski boczny obrońca Christopher Cheng.
Bez względu jednak na skład, stawkę i miejsca drużyn w tabeli starcie Legii z Widzewem to zawsze hit, deser krajowego futbolu. Wydarzenie, na które czeka się wiele tygodni. Rywalizacja od kilku dekad elektryzująca kibiców, nazywana nawet „derbami Polski”.
W maju 2016 roku na oficjalnej stronie Legii, z okazji setnej rocznicy powstania klubu, ogłoszono wyniki plebiscytu na „Rywala stulecia” warszawskiej drużyny. Zaskoczenia nie było – najwięcej głosów otrzymał Widzew, choć wówczas przeżywał ogromne kłopoty i od sezonu 2015/16 musiał wracać do piłkarskiej elity z piątego poziomu rozgrywek (4. liga).
– To nie jest mecz jak wszystkie inne. Każdy marzy, żeby w nim uczestniczyć – powiedział w lutym 2023 roku, przed starciem obu drużyn w Warszawie (2:2), ówczesny trener Widzewa Janusz Niedźwiedź.
Oba zespoły to nie tylko odwieczni rywale, ale również jedyne drużyny, które reprezentowały Polskę w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Widzew awansował do niej w 1996 roku, a Legia – rok wcześniej oraz w 2016. To również jedyni polscy półfinaliści Pucharu Europy (poprzednika Ligi Mistrzów) – Legia dokonała tego w 1970, zaś Widzew – w 1983 roku.
Szczyt popularności tego klasyka przypada na lata 80. i 90., gdy meczami Widzewa z Legią żyła cała piłkarska Polska, Były one także powodem do szczególnej mobilizacji policji. Przede wszystkim jednak decydowały o mistrzostwie kraju, jak w 1996 i 1997 roku, gdy Widzew zwyciężył dwukrotnie w Warszawie.
W maju 1996 roku Łodzianie, dopingowani na Łazienkowskiej przez kibiców, którzy przyjechali do Warszawy dwoma wypełnionymi po brzegi pociągami, zwyciężyli 2:1, chociaż przegrywali 0:1. Sukces przybliżył ich do tytułu, który zdobyli dwa tygodnie później.
Po pół roku Widzew wygrał u siebie 1:0, a druga połowa meczu została opóźniona o kilka minut, ponieważ kibice Legii obrzucili racami pole karne bramki Macieja Szczęsnego, byłego golkipera stołecznego klubu. Dym zasłonił niemal całe boisko.
Czerwiec 1997 roku w Warszawie przyniósł niezapomniany odcinek tych zmagań. Do 90. minuty gospodarze prowadzili 2:0, ale ostatecznie przegrali 2:3. Łodzianie świętowali wówczas drugi z rzędu tytuł mistrza kraju.
Do dzisiaj, gdy ktoś w Polsce odrabia w końcówce meczu duże straty, jest porównywany z tamtym zespołem Widzewa. A samo spotkanie zostało okrzyknięte najlepszym w historii polskiej ekstraklasy.
Legioniści częściowo zrewanżowali się dwa miesiące później, gdy w spotkaniu o Superpuchar zwyciężyli 2:1. Tym razem to oni przegrywali 0:1, ale potrafili odwrócić losy meczu. Lepsi okazali się również w październiku 1997 roku – wygrali 3:1.
W kwietniu 1999 roku widzewiacy prowadzili u siebie z Legią już 2:0, lecz goście doprowadzili do wyrównania. Ostatni cios zadali jednak Łodzianie. W 75. minucie zwycięstwo 3:2 zapewnił im Radosław Michalski, który – podobnie jak Szczęsny – przeszedł do Widzewa z Legii latem 1996.
Tradycja zobowiązywała i 15 kwietnia 2000 roku Widzew znów wygrał u siebie 3:2, tym razem zwycięską bramkę zdobył w 90. minucie Dariusz Gęsior.
To była – aż do marca 2024 roku – ostatnia wygrana Łodzian w tej prestiżowej rywalizacji. W sezonie 2001/02 obie ekipy na skutek m.in. regulaminu – podziału ekstraklasy na dwie grupy – nie zmierzyły się ze sobą.
Fani Legii też mają co wspominać, choćby spotkanie z czerwca 2004 roku. Rozbity i już zdegradowany z ekstraklasy łódzki zespół przegrał w stolicy 0:6, a obrazu klęski Widzewa dopełnił fakt, że jedną z bramek z rzutu karnego zdobył… bramkarz Artur Boruc.
W pierwszych dwóch dekadach XXI wieku warszawsko-łódzki szlagier nieco stracił blask. Głównie z powodu problemów Widzewa, który w latach 2004-06, 2008-10 i 2014-22 nie występował w ekstraklasie. W efekcie zaczęto nawet używać terminu „zakurzony klasyk”.
W 2019 i 2020 roku doszedł do skutku w rywalizacji o puchar kraju (dwukrotnie w Łodzi wygrała Legia – 3:2 i 1:0), ale na ligowe starcie czekano prawie dziewięć lat.
Łącznie w ekstraklasie oba zespoły zmierzyły się 75 razy. Legia triumfowała w 35 spotkaniach, w 21 padł remis, a 19 razy górą był Widzew.
Łodzianie zwyciężyli m.in. 10 marca 2024 roku. Czekali na zwycięstwo nad Legią prawie ćwierć wieku – od kwietnia 2000, gdy wielu obecnych fanów Widzewa nie było jeszcze na świecie. Wygraną 1:0 u siebie zapewnił w doliczonym czasie gry mocnym strzałem Hiszpan Fran Alvarez, a trybuny oszalały ze szczęścia.
Kilka dni później bohater Widzewa otrzymał od wdzięcznych kibiców… 40-letnią butelkę markowego alkoholu.
O randze meczu świadczył fakt, że Łodzianie wystąpili – tylko ten jeden raz – w specjalnych strojach, stylizowanych na trykoty z sezonu 1996/97, gdy obronili mistrzostwo po wspomnianym zwycięstwie 3:2 w Warszawie. Znów przyniosły im szczęście…
Ostatnie dotychczas spotkanie odbyło się 2 listopada ubiegłego roku w Łodzi i zakończyło remisem 1:1. Widzewiacy stracili gola w końcówce spotkania, podobnie jak w wielu innych meczach tego sezonu. Gospodarzy prowadził wówczas trener Igor Jovicević, a legionistów – Inaki Astiz.
– Jeżeli jesteśmy zawiedzeni, bo zremisowaliśmy z Legią, to znaczy, że idziemy w dobrym kierunku – powiedział na pomeczowej konferencji Jovicević.
Minęło pół roku i sytuacja obu drużyn w tabeli jest naprawdę trudna. Przegrany piątkowego meczu może mieć ogromne problemy z utrzymaniem się w ekstraklasie. A jeżeli spadnie, polski futbol straci – co najmniej na jeden sezon – swoje ligowe święto.









