Wychodzą z piwnic na klatki schodowe, słychać je w szybach wentylacyjnych i kanalizacyjnych. Mieszkańcy bloku przy ulicy Jesionowej 11 w Kielcach zgłaszają problem z panoszącymi się gryzoniami. Administracja osiedla zapewnia, że reaguje na sygnały, ale zaznacza, że całkowite wyeliminowanie szczurów jest niemożliwe.
Obawy mieszkańców budzi nie tylko sama obecność gryzoni w piwnicach czy przy altanach śmietnikowych, ale także fakt, że zwierzęta pojawiają się na wyższych kondygnacjach oraz klatkach schodowych. Wskazują, że może mieć to związek z budową drogi S74.
– To blok jeden ze starszych w zasobach KSM-u i nie odkrywamy tu czegoś nowego. Te gryzonie były, są i będą się pojawiać. Natomiast w kontekście budowy drogi S74 i wyburzenia garaży wzdłuż ulicy Warszawskiej widzimy realne zagrożenie. Gryzonie mogły zostać stamtąd wykurzone i szukają schronienia w okolicznych budynkach. Pojawiają się w przestrzeni publicznej. Widywano je na klatkach schodowych, a ja spotkałem je w piwnicy trzy razy w ciągu ostatniego miesiąca. Mieszkańcy parterowych mieszkań mają też problem z tym, że gryzonie są słyszalne w szybach wentylacyjnych czy kanalizacyjnych w łazienkach – mówi Radiu Kielce jeden z mieszkańców.
O powracającym problemie lokatorzy postanowili poinformować zarządców nieruchomości oczekując szybkiej i stanowczej reakcji. Sposób, w jaki spółdzielnia podeszła do sprawy, wywołał jednak spore kontrowersje i niezadowolenie wśród mieszkańców.
– Administracja twierdzi, że wykonuje deratyzację zgodnie z procedurami. Zaskoczeniem dla nas była informacja, że na dwie nieruchomości przy Jesionowej 11 i Dębowej 2 wydano w tym roku zaledwie około 300 zł. Przecież łącznie w tych dwóch blokach jest 16 klatek schodowych, więc ta kwota jest absurdalnie niska. Dodatkowo spółdzielnia nazywa karmnikiem deratyzacyjnym tackę papierową z rozsypanym granulatem. W naszej opinii to trucizna, która powinna być stosownie zabezpieczona, a nie leżeć na wierzchu, gdzie dostęp mają do niej inni ludzie – wskazuje mieszkaniec.
Piotr Mołdoch, zastępca kierownika Administracji Osiedla Sady odpiera zarzuty i wyjaśnia, jak wyglądała ich reakcja na zgłoszenie dotyczące gryzoni.
– Szczury były, są i będą, bo nie jesteśmy w stanie w stu procentach ich wytępić. Zgłoszenie było pod koniec czerwca i z naszej strony nie zostawiamy takich sygnałów bez reakcji. Sprawdzaliśmy sytuację poprzez rozmowę z gospodynią, wysłaliśmy też konserwatora. Wysłaliśmy również firmę, która wykonuje u nas deratyzację, celem uzupełnienia trutki i rozłożenia dodatkowych karmników, aby możliwie ograniczyć populację gryzoni – mówi Piotr Mołdoch.
Dodaje, że działania prewencyjne dotyczące zwalczanie gryzoni prowadzone są cyklicznie.
– Żeby ograniczyć populację, robimy deratyzację dwa razy w roku, na wiosnę i jesienią, mimo że prawo wymaga tylko raz. Do tej pory nie mieliśmy zgłoszeń o pladze, więc moje zdanie jest takie, że nasze zadania wykonujemy prawidłowo – mówi.
Zastępca kierownika administracji odniósł się również do kwestii papierowych tacek z granulatem leżących w piwnicach.
– To było z tak zwanej szybkości. Interwencyjnie, żeby zareagować jak najsprawniej zanim zewnętrzna firma przygotowała się do zlecenia. W tej chwili rozkładamy już tylko plastikowe pojemniki, żeby ta trutka nie była swobodnie dostępna. Jeśli chodzi o koszty to jednorazowe wyłożenie trutki kosztuje w granicach około 50 zł na punkt, czyli klatkę. Robimy plan budżetowy, ale jeżeli jest konieczność przekroczenia tej kwoty, to to robimy – zapewnia Piotr Mołdoch.
Przedstawiciel spółdzielni wskazuje także, że pojawiające się szczury na klatach schodowych mogą być efektem działania trutki.
– W momencie, gdy szczur jest podtruty, traci trochę instynktu samozachowawczego. Może wtedy zgubić drogę i zamiast schować się w zakamarkach, wychodzi na teren oświetlony, gdzie bardzo dobrze go widać – dodaje.








