– Śmigłowiec, który spadł do jeziora Tałty w Mikołajkach został podniesiony z dna akwenu i odholowany do nabrzeża – poinformował rzecznik warmińsko-mazurskiej Państwowej Straży Pożarnej Rafał Melnyk.
Trzy osoby, które były na pokładzie maszyny trafiły do szpitali. Straż pożarna podawała wcześniej, że śmigłowiec po tym, jak wpadł do akwenu, osiadł na głębokości 13-15 metrów. Strażacy-płetwonurkowie sprawdzili, czy w maszynie pod wodą nie ma innych osób i skontrolowali, czy z maszyny nie wycieka paliwo.
– Śmigłowiec podniesiono z dna przy pomocy specjalnych balonów napełnionych powietrzem. To był najtrudniejszy moment, ponieważ nie wiadomo było, w jakim stanie jest śmigłowiec i jak się zachowa przy próbie uniesienia go. Śmigłowiec zostanie przetransportowany na policyjny parking, gdzie będzie czekał na oględziny komisji do spraw wypadków lotniczych. Nurkowie straży pożarnej sprawdzili wrak, czy nie ma tam kolejnych osób poszkodowanych. Całe szczęście zostało to wykluczone – poinformował rzecznik strażaków Rafał Melnyk.
Dźwigu, którym śmigłowiec został przeniesiony na nabrzeże, użyczył jeden z miejscowych przedsiębiorców. To dźwig służący do wodowania łodzi.
Przed południem śmigłowiec z trzema osobami na pokładzie wpadł do jeziora Tałty w Mikołajkach. Pilot i lecące śmigłowcem dwie kobiety trafili do szpitali. Maszyna zatonęła. Jako pierwsi do poszkodowanych dotarli ratownicy Mazurskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.
Jak podał rzecznik warmińsko-mazurskich strażaków śmigłowiec wystartował z pobliskiego Słonecznego Portu. Jego przedstawiciele przekazali, że śmigłowiec Robinson 44 wzniósł się, po chwili silnik zgasł, a maszyna runęła do wody. Jak wskazali, mężczyzna, który pilotował śmigłowiec, był jego właścicielem i wraz ze znajomymi leciał do swojej firmy.












