Konflikt na Bliskim Wschodzie spowodował, że wielu Polaków przebywających w tamtym regionie świata, a także w innych krajach azjatyckich, ma problem z powrotem do kraju. W drodze do Omanu jest samolot ewakuacyjny, który ma przetransportować naszych rodaków do Polski.
Jak powiedział Mariusz Piotrowski, redaktor serwisu Fly4free.pl – sytuacja jest bardzo dynamiczna i trudno stwierdzić, jak się rozwinie. Gość Radia Kielce dodał, że oprócz rządowych lotów ewakuacyjnych, co jakiś czas wznawiane są także linie pasażerskie, regularne, dlatego należy pilnie śledzić komunikaty.
– Wiemy, że mimo zamkniętej przestrzeni powietrznej, te linie latają. W ciągu doby kilka takich samolotów dociera do Polski i część turystów może wrócić do kraju, ale do momentu deeskalacji konfliktu bliskowschodniego, wydaje się, że jest to kropla w morzu potrzeb, bo liczba naszych rodaków przebywających obecnie na terenach zagrożonych szacowana jest na ponad sto tysięcy osób, zatem sprowadzenie ich do Polski może zająć bardzo dużo czasu – stwierdził.
Mariusz Piotrowski podkreślił, że kryzys na Bliskim Wschodzie wpłynął na sytuację geopolityczną. Jak wyjaśnił – duża część lotów do Azji ma przesiadki na Półwyspie Arabskim, w Dubaju, Abu Zabi, w Dosze, czy też na innych lotniskach, stanowiących dla nich huby w dalszych wyprawach, dlatego podróżni zdani są na łaskę i niełaskę działań wojennych. Ekspert zaznaczył, że w tym momencie uziemione są setki tysięcy turystów z całego świata i wszyscy chcieliby powrócić do swoich krajów. W związku z tym rosną także ceny biletów lotniczych, nawet do kilkudziesięciu tysięcy złotych w przypadku lotu na przykład z Tajlandii do Polski.
Ministerstwo Spraw Zagranicznych odradza podróże do wielu krajów. Na czerwonej liście resortu są m.in.: Afganistan, Arabia Saudyjska, Białoruś, Irak, Iran, Izrael, Jemen, Jordania i Katar, a także Korea Północna, Kuwejt, Oman, Palestyna, Rosja, Syria, Ukraina, Wenezuela, Zjednoczone Emiraty Arabskie.
Mariusz Piotrowski zaznaczył, że klienci biur podróży, którzy wykupili już wycieczki do tych miejsc mogą odstąpić od umowy, zmienić termin wylotu lub wybrać inne, bezpieczne kraje. Jego zdaniem – coraz więcej biur podróży będzie stosowało w najbliższym czasie taką politykę, także ze względu na rosnącą presję społeczną.
– Jesteśmy profesjonalni i widząc, co się dzieje, czytając internet, oglądając telewizję, nikt nie będzie nikogo wysyłać w miejsca zagrożone, nikt też nie będzie chciał latać na własną rękę – powiedział.
Ekspert podkreślił, że osoby, które chcą wybrać się na wycieczkę, czy to samodzielnie, czy też z biurem podróży, powinny pamiętać o ubezpieczeniu na przykład od kosztów rezygnacji, a nawet o pewnej elastycznej taryfie, kosztującej tylko o kilkadziesiąt złotych więcej, a w sytuacji kryzysowej chroniącej nas przed dodatkowymi wydatkami lub wręcz stratami finansowymi.
Klienci biur podróży, którzy wykupili wycieczki do krajów zagrożonych mogą starać się o zwrot pieniędzy. Od dziś (5 marca) można składać wnioski o zwrot kosztów w ramach funduszu pomocowego. W nieco trudniejszej sytuacji są osoby, które chciały udać się na wypoczynek lub w inną podróż indywidualnie. Linie lotnicze w zdecydowanej większości umożliwiają bezpłatnie zmianę terminu lub częściowo rezygnacji. Pozostaje jednak kwestia innych kosztów, na przykład wynajmu noclegu na miejscu czy też wypożyczenia auta. Mariusz Piotrowski zaznaczył, że zawsze dobrym rozwiązaniem jest ubezpieczanie się w podróży. Ponadto ważne jest, by nie bagatelizować komunikatów MSZ, a w dalszej perspektywie, by wybierać miejsca bezpieczne.













