Dane nawet 19 mln Polaków, w tym także mieszkańców regionu, mogły zostać wykradzione z bazy firmy MyDr, producenta oprogramowania z zakresu Elektronicznej Dokumentacji Medycznej. Zawiera ona nie tylko imiona i nazwiska pacjentów, ale też numery PESEL, numery telefonów oraz informacje o wystawionych receptach i odbytych wizytach lekarskich. To największy wyciek w polskim internecie w ostatnich latach, oceniają specjaliści i tłumaczą, co powinniśmy zrobić, by zadbać o swoje bezpieczeństwo.
Na razie poszkodowani są zdani jedynie na rząd i organy ścigania – mówi Adam Haertle z portalu Zaufana Trzecia Strona. Ekspert podkreślił w Programie 3 Polskiego Radia, że poprzez kradzież danych przestępcy chcą wymusić na wybranej firmie, aby ta im zapłaciła swego rodzaju okup.
– Czasem mamy do czynienia z przestępcami, którzy kradną dane wprost przyznając się do tego, że są przestępcami. Mówią: „Zapłaćcie, a nie ujawnimy tych danych w internecie”. Ci przestępcy starają się być po tej niby dobrej stronie i przekonują „My nie jesteśmy źli, nie żądamy żadnego okupu, chcemy tylko, żeby ktoś zapłacił za wysiłek, który włożyliśmy w przetestowanie tych mechanizmów bezpieczeństwa” – tłumaczy Adam Haertle.
Wykradzione dane mogą być wykorzystane przez osoby trzecie do różnych celów. Zaciągnięcie kredytu jest tylko jednym z tych najbardziej przyziemnych. Nierzadko wyciek dokumentacji medycznej staje się jednak nie tylko elementem zagrożenia prywatności obywateli wewnątrz kraju, ale groźne jest też dla funkcjonowania państwa – uważa ekspert ds. cyberbezpieczeństwa Dominik Rozdziałowski.
– Mamy tam wyciek danych dotyczący leków, które były nam wystawiane. Możemy sprawdzić, na co chorują najważniejsze osoby w państwie, ale też niektórzy zwykli obywatele. Z jednej strony wiemy, że hakerzy czy osoby, które weszły w posiadane tych danych, chcą zarabiać na swoich działaniach, ale z drugiej na pewno służby innych krajów będą bardzo zainteresowane tą bazą danych – przekonuje Dominik Rozdziałowski.
Wciąż nie wiadomo, w jaki sposób przestępcy weszli w posiadanie danych. Nierzadko bezpośrednią przyczyną sukcesu hakerów są zbyt niskie nakłady na kwestie związane z bezpieczeństwem.
– W tym wypadku nie mamy jeszcze danych i pewnie długo nie będziemy mieli, ale tak naprawdę to najczęstszym powodem wycieku są skąpstwo i oszczędzanie. Firmy wydają środki nieproporcjonalnie małe do poziomu ważności danych, które przechowują. Im więcej wydajemy, im bardziej rozsądnie planujemy ten budżet, tym nasza firma jest bezpieczniejsza – wskazuje ekspert.

Minister Cyfryzacji, Krzysztof Gawkowski już w środę (12 sierpnia) informował, że została wdrożona procedura, która ma zabezpieczyć wszystkie dane w rządowej bazie. Dzięki temu każdy zainteresowany będzie mógł sprawdzić, za pomocą platformy Bezpieczne Dane oraz aplikacji mObywatel, czy wyciek go dotyczy. Przypomniał również, aby bezwzględnie zastrzec swój numer PESEL.
– Dzisiaj można to zrobić bez wychodzenia z domu w aplikacji. Jeżeli ktoś nie ma mObywatela, zachęcam, żeby go założyć. Jeżeli zaś ktoś nie chce go założyć, w każdym urzędzie gminy w Polsce może zastrzec swój numer PESEL – mówi Krzysztof Gawkowski.
Z oficjalnych rządowych danych wynika, że do końca ubiegłego roku swój PESEL zastrzegło już ponad 7,5 mln Polaków. Teraz ta liczba z pewnością wzrośnie. Wzmożone zainteresowanie usługą widoczne było w czwartek (13 sierpnia) m.in. w Urzędzie Miasta Kielce.
Jak dotąd nie ujawniono, jaką metodą przeprowadzono atak oraz nie wskazano, których placówek medycznych wyciek dotyczy. Resort cyfryzacji przekazał jednak, że z oprogramowania firmy MyDr korzysta w całym kraju nawet 12 tys. przychodni i zakładów medycznych.










