Grzegorz Kędzierski od ponad 30 lat związany jest z bilardem. Jest prezesem Polskiego Związku Bilardowego, przez lata był trenerem kadry narodowej i klubowym, a sport, który dla wielu pozostaje tylko grą, dla niego stał się sposobem na życie, pracę i budowanie relacji z ludźmi. To właśnie dzięki tym ludziom – jak mówi – ma poczucie, że jego życie jest udane.
W „Dzień dobry to Ja! Rozmowy inne niż wszystkie w Radiu Kielce” mówi jednak o czymś znacznie ważniejszym niż sportowe sukcesy. Opowiada o rodzinie, o synu, który zachorował na cukrzycę, o czasie, którego żałuje, że nie poświęcił bliskim więcej, i o momencie, który zmusił go do zatrzymania się. Kilka lat temu przeszedł udar. Wtedy po raz pierwszy naprawdę zobaczył, że świat może spokojnie funkcjonować także bez niego.
Mówi o ludziach, którzy go ukształtowali, o szczerości, której szuka w drugim człowieku, o własnym „zbyt miękkim sercu”, o łzach, których się nie wstydzi, i o tym, że czasami trzeba po prostu wyrzucić z siebie złość, a potem wrócić do życia z większym spokojem i uśmiechem.
To rozmowa o człowieku, który – mimo wielu zawodowych obowiązków i sukcesów – mówi o sobie przede wszystkim: „Jestem naprawdę szczęśliwym człowiekiem”. I o tym, że jednym z najważniejszych odkryć ostatnich lat było dla niego zrozumienie, że warto trochę zwolnić, zadbać o siebie i zauważyć, że inni też potrafią świetnie wykonać swoją pracę.

Grzegorz Kędzierski w kwestionariuszu „Dzień dobry to Ja!”
Gdyby mógł Pan wrócić myślami do siebie sprzed dwudziestu lat – czego wtedy o życiu jeszcze Pan nie wiedział?
– Dwadzieścia lat temu pewnie więcej czasu poświęciłbym żonie i dziecku. Byliśmy wtedy w bardzo trudnej sytuacji. Nasz syn, kiedy miał dwa lata, zachorował na cukrzycę. Wspólnie podjęliśmy decyzję, że żona zostaje z dzieckiem i zajmuje się nim, bez dodatkowej opieki. To wymagało obecności przez 24 godziny na dobę.
Ja pracowałem, żona zajmowała się synem. Z perspektywy czasu zastanawiałem się, czy coś mogliśmy zrobić inaczej. Dzisiaj myślę, że nie. To była nasza wspólna, przemyślana i mocna decyzja. I była to dobra decyzja.
Nie da się natomiast zmienić tego, że moje dziecko zachorowało.
Czy jest takie wydarzenie w Pana życiu, do którego wraca Pan myślami częściej niż do innych? Co sprawia, że właśnie ono zostało z Panem na tak długo?
– Chyba przede wszystkim wracam myślami do rodziny. Do tego, jak urodził się mój syn, jak zawarłem związek małżeński, do naszej pierwszej i jedynej podróży poślubnej. Do tych zwyczajnych chwil, które spędzaliśmy razem, kiedy byliśmy młodsi.
Jeśli chodzi o pracę, to jestem człowiekiem, który ma ogromne szczęście, bo praca, którą wykonuję od ponad 30 lat, naprawdę sprawia mi radość. Wstaję rano i z przyjemnością idę do pracy.
Każda ważna droga ma swoją cenę. Co Pan musiał oddać albo stracić po drodze do miejsca, w którym dziś Pan jest?
– Straciłem sporo czasu rodzinnego. To jest coś, co rzeczywiście poświęciłem.
Większość ludzi pracuje osiem godzin dziennie, wraca do domu i spędza czas z żoną, dziećmi, rodziną. Ja niestety – oczywiście za obopólną zgodą, bo z żoną jesteśmy właściwie przeciwnymi biegunami – żyłem trochę inaczej. Ona to: ogródek, koty, pomaganie zwierzętom i bycie w domu, a ja: między ludźmi.
Czasami myślę, że szkoda mi tego czasu, że nie poświęciłem go rodzinie więcej. Tego już nie da się cofnąć.
Poza tym nie wiem, co tak naprawdę było w moim życiu złego. Miałem i wciąż mam mnóstwo szczęścia. A to szczęście polega przede wszystkim na tym, że mam wokół siebie fajnych ludzi.
Każdy z nas spotyka na swojej drodze ludzi, bez których dziś byłby kimś innym. Kto najmocniej ukształtował Pana jako człowieka?
– Musiałbym wskazać kilka osób.
W szkole podstawowej była pani dyrektor Mazur, nauczycielka matematyki, która nauczyła mnie kochać matematykę, której wcześniej nienawidziłem. Był też ksiądz Stanisław Łagocki z parafii Świętego Krzyża. Przez osiem lat byłem ministrantem i ksiądz Łagocki nauczył mnie dyscypliny, dbania o szczegóły i odpowiedzialności.
Później spotkałem Marcina Krzemińskiego. To osoba, której zawdzięczam bardzo dużo, jeśli chodzi o otwartość na ludzi. Wcześniej byłem bardzo wycofany, chowałem się trochę za innymi. Marcin nauczył mnie rozmowy z ludźmi i większej otwartości.
Oczywiście ogromny wpływ mieli też moi rodzice i dziadek. A jeśli chodzi o osoby, które były dla mnie ważne szerzej, to myślę, że takim autorytetem był dla mnie Jan Paweł II.
Kiedy ostatnio ktoś zmienił Pana sposób myślenia? Co Pan wtedy usłyszał albo czego Pan doświadczył?
– To nie była jedna osoba, ale wydarzenie w moim życiu.
Pięć lat temu miałem udar i trafiłem do szpitala. Miałem wtedy więcej szczęścia, niż jestem w stanie zrozumieć. Lekarz powiedział mi wprost, że powinienem się nad sobą zastanowić. Później długo rozmawiałem z żoną. Postawiła mi właściwie warunek: albo trochę odpuszczę i zacznę bardziej dbać o siebie, albo będziemy musieli inaczej spojrzeć na moje życie.
Spędziłem w szpitalu dziesięć dni. Spotkałem tam też Sławka Sijera i dużo rozmawialiśmy. I wtedy dotarło do mnie coś bardzo ważnego: beze mnie świat dalej się kręci.
Imprezy, które organizowałem, odbywały się. Ludzie, z którymi pracowałem, świetnie wykonywali swoją pracę. Zrozumiałem, że trzeba trochę więcej czasu poświęcić sobie i zadbać o zdrowie.
Robimy więc dalej to, co robiliśmy, ale z większym luzem. I tego luzu, a także uśmiechu, mam w sobie więcej do dzisiaj.

Jakiej cechy najbardziej potrzebuje Pan u człowieka, z którym ma Pan pracować – a jaka cecha sprawia, że zapala się w Panu czerwona lampka?
– Myślę, że przede wszystkim szczerości. Jak widzę, że człowiek się szczerze śmieje, to widać to w oczach. Nie lubię ludzi nieszczerych.
Uwielbiam ludzi dobrych, takich, od których emanuje dobro, uśmiech, radość i chęć do pracy czy współpracy. Nie zawsze musimy rozmawiać o pięknych rzeczach. Czasami problemy życiowe, zdrowotne czy rodzinne też mogą ludzi łączyć. Ważne, żeby była w tym szczerość.
Mam chyba trochę za miękkie serce. Żona często mi powtarza, że później muszę mieć z tyłu trochę bardziej twarde.
Jestem otwarty na ludzi i nawet jeśli ktoś jest trudniejszy, może nie do końca szczery, staram się wyciągnąć z niego to, co jest najlepsze.
Mówimy czasem, że ktoś jest po prostu dobrym człowiekiem. Po czym Pan poznaje, że ktoś jest dobrym człowiekiem?
– Po szczerym uśmiechu i po oczach. Absolutnie.
Jeżeli ktoś się szczerze uśmiecha, patrzysz mu w oczy i widzisz tę radość, to myślę, że to jest najważniejsze.
Ja odpowiadam na pytania czasami bardzo spontanicznie, nie zawsze wszystko jest od razu poukładane, ale wiem, że każdy z nas potrafi wyczuć w drugim człowieku, czy ktoś odpowiada szczerze. Po prostu czujemy, że to jest fajny człowiek.
Co dziś potrafi Pana dogłębnie wzruszyć?
– Wiele rzeczy. Łzy nie są mi obce. Potrafię zapłakać zarówno ze wzruszenia, jak i wtedy, kiedy spotyka kogoś tragedia – także mnie samego.
Potrafię wzruszyć się, kiedy ktoś wygrywa. Potrafię zapłakać, kiedy słyszę Mazurka Dąbrowskiego. I wcale się tego nie wstydzę, bez względu na to, czy grają go dla nas, czy podczas otwarcia zawodów sportowych.
To pewnie w dużej mierze kwestia wychowania i tego szacunku do historii, który wyniosłem od dziadka.
Ale wzruszają mnie też bardzo proste rzeczy. Kiedy ktoś podziękuje za coś, co dla mnie było zwyczajną rzeczą. Jeżeli widzę szczere „dziękuję”, naprawdę potrafi mnie to wzruszyć.
Jestem chyba pod tym względem bardzo miękkim człowiekiem. Łatwo mnie dotknąć.
Każdy przeżywa trudniejsze chwile. Co pomaga Panu odzyskać spokój, kiedy życie nie układa się po Pana myśli?
– Przede wszystkim rodzina, znajomi, przyjaciele i rozmowa. Powiedzenie komuś, co naprawdę leży nam na sercu.
Nie ma nic gorszego niż trzymanie problemów głęboko w sobie. To nas zżera.
Sam kiedyś potrafiłem wybuchać. Mówiłem pracownikom, że nie jestem gejzerkiem – mogę wybuchnąć jak Wezuwiusz. Z biegiem czasu nauczyłem się jednak, że lepiej czasami coś z siebie wyrzucić, nawet krzyknąć, niż czekać, aż wszystko się w człowieku zgromadzi.
Ważne jest też dla mnie to, żeby mieć człowieka, któremu można zaufać. No i wiara też jest istotnym elementem mojego życia. Jestem osobą wierzącą, ale bardzo tolerancyjną. Zostałem wychowany w przekonaniu, że bez względu na to, w co ktoś wierzy, najważniejsze jest, żeby był dobrym człowiekiem.
Każdy z nas doświadcza w życiu sytuacji, które trudno zostawić za sobą. Co pomaga Panu się z nimi uporać?
– Przede wszystkim rodzina. Rozmowa. I przyjaciele.
Mam kilka osób, którym mogę powiedzieć, co leży mi na sercu. Czasami potrzebujemy po prostu tych 30 sekund, żeby coś z siebie wyrzucić. Może pojawić się łza, może być złość, można nawet krzyknąć.
Ja też czasami lubię sobie krzyknąć, wyładować emocje – oczywiście tak, żeby nikogo przy tym nie skrzywdzić. To też pozwala, żeby ta zła energia z nas wypłynęła.
Czasami wystarczy naprawdę niewiele, żeby później znowu wrócić do siebie.
Co jest dla Pana najtrudniejsze do zaakceptowania – u innych, w świecie, a może w samym sobie?
– W samym sobie chyba najbardziej to, że jestem zbyt dokładny. Wymagam od siebie więcej niż od innych. Czasami chciałbym, żeby inni byli tacy sami jak ja.
Ale po wydarzeniach sprzed pięciu lat zrozumiałem, że ludzie, z którymi pracuję, są naprawdę fantastyczni, uczą się i wykonują swoją pracę z ogromną pasją. Nie wszystko musi być zrobione dokładnie tak, jak ja bym to zrobił.
Trudno jest siebie oceniać.
U innych najbardziej przeszkadza mi brak szczerości. Wszyscy popełniamy błędy. Jeżeli ktoś zrobi coś źle, rozmawiajmy o tym, dyskutujmy. Nie zamykajmy się w sobie.
Na chwilę odłóżmy wszystkie sukcesy zawodowe. Gdy patrzy Pan na swoje życie: z czego jest Pan najbardziej dumny jako człowiek?
– To jest bardzo trudne pytanie, bo naprawdę ciężko mi oceniać samego siebie. Myślę, że do oceny mnie są inni.
Wiem natomiast, że jestem naprawdę szczęśliwym człowiekiem. Mam wokół siebie mnóstwo fantastycznych ludzi. To nie są dziesiątki, tylko setki osób: tutaj w Kielcach, w firmach, z którymi pracuję, ale też w całej Polsce.
I chyba właśnie to nazwałbym swoim największym sukcesem. Poza rodziną, oczywiście, bo ona jest na pierwszym miejscu.
Mam wokół siebie ludzi, na których mogę liczyć. Wiem, że kiedy mam problem i do nich zadzwonię, oni mi pomogą.
Gdyby miał Pan dziś powiedzieć jedno szczere „dziękuję”: za co i do kogo byłoby ono skierowane?
– Szczerze dziękuję wszystkim. Absolutnie wszystkim, którzy są ze mną – od rodziny po znajomych.
Trudno byłoby wskazać jedną osobę, bo tych ludzi jest naprawdę bardzo wiele.
I chyba właśnie za to chciałbym podziękować najbardziej – że są.
Gdyby mógł Pan zaprosić na spokojną rozmowę jedną osobę – żyjącą lub nie – z kim chciałby Pan usiąść przy stole i o czym byście rozmawiali?
– Nie ma takiej jednej osoby.
Jestem bardzo ciekawskim człowiekiem, interesuję się wieloma rzeczami, słucham różnej muzyki. Mam mnóstwo pytań: dotyczących życia, sportu, ale też takich bardziej fantastycznych, związanych z tym, czy można się cofnąć w czasie, co jest we wszechświecie, co będzie jutro.
Tych pytań jest zbyt wiele, żeby wskazać jedną osobę. I może dobrze, że nie mamy odpowiedzi na wszystkie. Bo gdybyśmy je mieli, życie byłoby trochę nudne.
Cały czas zastanawiamy się, co jest dalej, co się wydarzy i co przyniesie jutro. I chyba właśnie ta ciekawość jest w życiu najfajniejsza.
Wyobraźmy sobie, że spotykamy się ponownie dokładnie za dziesięć lat. Jakim człowiekiem chciałby Pan wtedy być?
– Chciałbym spotkać się w tym samym towarzystwie, z tymi samymi osobami i z tą samą rodziną.
Po prostu chciałbym, żeby wokół mnie nadal byli ci sami ludzie, których mam dzisiaj.







