Mateusz „Big Boy” Borkowski to kielczanin, którego widzowie w całej Polsce poznali dzięki programowi „Gogglebox. Przed telewizorem” emitowanemu na antenie TTV. Siedząc na kanapie, komentował wraz z innymi uczestnikami to, co działo się na ekranie, a z czasem sam stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci programu.
Jego historia nie kończy się jednak na telewizji. Mateusz Borkowski przeszedł ogromną osobistą przemianę. Ważył 252 kilogramy. Podjął decyzję o operacji i rozpoczął drogę, która zmieniła jego życie. Dziś jeździ na rowerze – potrafi przejechać 100 kilometrów, biega i chodzi po górach. Jak sam podkreśla, jego droga do zdrowia wciąż trwa.
W „Dzień dobry to Ja! Rozmowy inne niż wszystkie w Radiu Kielce” opowiada nie tylko o tej przemianie. Mówi o cenie, jaką zapłacił za lata życia z otyłością, o psychice, którą musiał odbudowywać, o rodzicach, dzieciństwie i wakacjach spędzanych z rodziną w Łebie. Opowiada także o partnerce Kindze, która pomogła mu zmienić sposób myślenia, o szczerości, lojalności, wrażliwości i o tym, co pomaga mu radzić sobie z trudnymi chwilami.
Najważniejsza część tej rozmowy pojawia się jednak wtedy, gdy Mateusz zwraca się do osób, które są dziś w miejscu, w którym on sam kiedyś był. Do tych, którzy wstydzą się swojego wyglądu, unikają ludzi i myślą: „Mnie się nie uda”. Jego odpowiedź jest prosta: to, że się nie da – jest bzdurą. Wszystko się uda. Tylko trzeba próbować i nigdy się nie poddawać.
Bo jego własna droga – jak mówi – nadal trwa.

Kwestionariusz „Dzień dobry to Ja!” – Mateusz „Big Boy” Borkowski
Gdyby mógł Pan wrócić myślami do siebie sprzed dwudziestu lat – czego wtedy o życiu jeszcze Pan nie wiedział?
– Wszystkiego. Gdybym w wieku 20 lat wiedział to, co wiem dzisiaj, pewnie 90 procent rzeczy w moim życiu wyglądałoby zupełnie inaczej. Nie cofnąłbym czasu, ale gdybym mógł wtedy mieć dzisiejszą wiedzę i spojrzenie na życie, wiele rzeczy bym zmienił.
Czy jest takie wydarzenie w Pana życiu, do którego wraca Pan myślami częściej niż do innych? Co sprawia, że właśnie ono zostało z Panem na tak długo?
– Nie ma jednego takiego wydarzenia. Bardzo często wracam natomiast do wakacji z dzieciństwa, które spędzałem z rodzicami nad morzem, głównie w Łebie. Jeździliśmy tam razem – ja, siostra, mama i tata, i dla mnie, jako młodego człowieka, były to bardzo ważne chwile.
Kiedy po wielu latach wróciłem do Łeby i stanąłem na molo, zobaczyłem ten sam widok, który pamiętałem z dzieciństwa. Miałem wtedy około 38 lat i musiałem się mocno powstrzymywać przed wzruszeniem.
Każda ważna droga ma swoją cenę. Co Pan musiał oddać albo stracić po drodze do miejsca, w którym dziś Pan jest?
– Chyba bardziej straciłem, niż oddałem. Straciłem część swojej psychiki i do dziś ją odzyskuję. To cena, którą zapłaciłem za lata życia z otyłością i za operację, którą musiałem przejść, żeby odzyskać zdrowie. Dopuściłem się do wagi 252 kilogramów. To była ogromna cena i choć dziś jest już inaczej niż na początku, w pewnym sensie nadal ją płacę.
Każdy z nas spotyka na swojej drodze ludzi, bez których dziś byłby kimś innym. Kto najmocniej ukształtował Pana jako człowieka?
– Chyba moi rodzice. Zawsze byli gdzieś obok. Pozwalali mi robić różne dziwne rzeczy, pozwalali mi być sobą, ale jednocześnie z tyłu głowy mieli kontrolę nad tym wszystkim.
Nie było innej osoby, która wywarłaby na mnie aż tak ogromny wpływ.
Kiedy ostatnio ktoś zmienił Pana sposób myślenia? Co Pan wtedy usłyszał albo czego Pan doświadczył?
– Ostatnio moja partnerka, a przyszła żona, Kinga. W ferworze różnych sytuacji i wymiany zdań uświadomiła mi jedną bardzo ważną rzecz. Od tamtej pory bardzo radykalnie zmieniłem swoje podejście do pewnej sprawy.
Po prostu odpuściłem – przede wszystkim upór w pewnych sytuacjach. Mam 41 lat i stwierdziłem, że dobrze mi się żyje i szkoda zdrowia.
Jakiej cechy najbardziej potrzebuje Pan u człowieka, z którym ma Pan pracować – a jaka cecha sprawia, że zapala się w Panu czerwona lampka?
– Nieszczerość. Nienawidzę jej i brzydzę się nią. Jeśli wyczuję u kogoś fałsz, ten człowiek jest u mnie skreślony. Nieważne, kim jest i co sobą reprezentuje.
Najważniejsze są dla mnie: lojalność, prawdomówność i szczerość. Kiedy wyczuwam fałsz, działa to na mnie jak płachta na byka.

Mówimy czasem, że ktoś jest po prostu dobrym człowiekiem. Po czym Pan poznaje, że ktoś jest dobrym człowiekiem?
– Po tym, jak kocha zwierzęta. Dla mnie ludzie, którzy kochają zwierzęta, są dobrymi ludźmi. Oczywiście mówię to trochę w cudzysłowie, ale właśnie tak to czuję.
Co dziś potrafi Pana dogłębnie wzruszyć?
– Jestem bardzo wrażliwym człowiekiem, choć może tego nie widać. Z drugiej strony jestem też bardzo skryty. Potrafię wzruszyć się nawet filmem, który widziałem już wiele razy. Ostatnio po raz kolejny oglądałem „Gladiatora” i wzruszyła mnie scena, w której bohater wraca do domu i widzi swoją rodzinę. To jedna z wielu sytuacji, które potrafią mnie poruszyć.
Każdy przeżywa trudniejsze chwile. Co pomaga Panu odzyskać spokój, kiedy życie nie układa się po Pana myśli?
– Rower i muzyka. Jeśli nie ma roweru, jest muzyka. A jeśli są rower i muzyka, to już najlepiej. Tak naprawdę pomaga mi też wewnętrzny spokój i harmonia, a przede wszystkim dobrze spędzony czas z moją partnerką.
Każdy z nas doświadcza w życiu sytuacji, które trudno zostawić za sobą. Co pomaga Panu się z nimi uporać?
– Jestem osobą, która musi wiele rzeczy z siebie wyrzucić. Bardzo pomaga mi wysiłek fizyczny. Kiedy się zmęczę, schodzi ze mnie stres. Jeśli nie mogę tego zrobić, po prostu czekam, aż najgorsze minie. Nie będę robił dziwnych rzeczy, żeby na siłę rozładować emocje. Raczej przeczekuję trudny moment, a jeśli mogę – idę się zmęczyć i zrobić coś, co pozwala mi przestać o tym myśleć.
Co jest dla Pana najtrudniejsze do zaakceptowania – u innych, w świecie, a może w samym sobie?
– Brak szczerości, brak konsekwencji i brak kręgosłupa moralnego. Nie potrafię zrozumieć, kiedy ktoś jedno mówi, drugie robi, a trzecie myśli. Bardzo lubię ludzi, którzy są spójni ze sobą. Mogę się z nimi nie zgadzać, ale szanuję ich, jeśli są prawdziwi, reprezentują swoje wartości i są sobą.
Gdyby miał Pan dziś powiedzieć jedno szczere „dziękuję”: za co i do kogo byłoby ono skierowane?
– Za to, że zdecydowałem się na operację i dałem sobie szansę. To była moja decyzja. Poszedłem na pierwszą wizytę do lekarza, mimo strachu, ale mogłem przecież odłożyć tę operację. Dla mnie to był moment narodzenia. I to jest najważniejsze wydarzenie w moim życiu. Wiem, że to temat, o którym wiele razy mówiono, ale mam to gdzieś. Dla mnie to jest najważniejsze, bo – mówiąc wprost – wyszedłem z szamba, umaczany po szyję.
Gdyby mógł Pan zaprosić na spokojną rozmowę jedną osobę – żyjącą lub nie – z kim chciałby Pan usiąść przy stole i o czym byście rozmawiali?
– Chciałbym porozmawiać z Denzelem Washingtonem. To bardzo ciekawa i intrygująca mnie postać. Z jednej strony jest świetnym aktorem, który potrafi wcielać się w wiele ról, ale mam wrażenie, że jako człowiek jest trochę filozofem, trochę kaznodzieją.
Reprezentuje i przekazuje wartości, które – moim zdaniem – są czymś więcej niż tym, co pokazuje na ekranie. Na ekranie odgrywa rolę, a jako Denzel Washington jest sobą. I właśnie z tym człowiekiem chciałbym porozmawiać.
Wyobraźmy sobie człowieka, który wstydzi się swojego wyglądu, unika ludzi, nie wierzy już, że może coś w swoim życiu zmienić i myśli: „Taki już jestem. Mnie się nie uda”. Pan sam był kiedyś w takim miejscu. Co chciałby mu Pan powiedzieć – nie jako „Big Boy”, ale jako Mateusz?
– Mateusz i Big Boy to praktycznie to samo. Nie udaję nikogo. Ale wracając do pytania: to, że się nie da, jest bzdurą. To jedna z najgorszych rzeczy, jakie można sobie wmówić. Wszystko się uda. Tylko trzeba zrozumieć, że zmiana może nie przyjść jutro ani pojutrze. Czasami może stać w miejscu przez dziesięć lat, a potem nagle ruszyć. A czasami może płynąć powoli, codziennie, po jednej kropli. Moja droga do zdrowia nadal trwa. Dziś jeżdżę po sto kilometrów na rowerze, biegam, chodzę po górach – rzeczy, które kiedyś były dla mnie dosłownie niemożliwe. Ale to nie znaczy, że moja droga się skończyła. Trzeba próbować i nigdy się nie poddawać. Nie wolno się odwracać za siebie. Jeden ruch do tyłu może zniszczyć to, co budowało się przez lata.
Spotykamy się ponownie dokładnie za dziesięć lat. Jakim człowiekiem chciałby Pan wtedy być?
– Takim samym. Jeśli zdrowie pozwoli i czas będzie dla mnie przychylny, chciałbym nadal być z tą samą kobietą, w tym samym miejscu. Nie jestem zbyt wymagającym człowiekiem. Chcę mieć sprawny rower, popłacone rachunki, uśmiechniętą kobietę obok siebie i kilka razy w roku pojechać nad polskie morze – do Łeby, którą kocham, i do Darłowa, które też bardzo polubiłem.




























