Radny sejmiku województwa świętokrzyskiego Gerard Pedrycz złożył w sądzie obszerne wyjaśnienia. Chodzi o sprawę, w której jest oskarżony o bezprawny wgląd w dokumenty pracownicze w Wojewódzkim Ośrodku Medycyny Pracy. Na sali zabrakło jednak pokrzywdzonego – byłego pracownika placówki Mariusza G.
We wtorek (6 października) przed Sądem Rejonowym w Kielcach odbyła się kolejna rozprawa w procesie radnego sejmiku Gerarda Pedrycza (zgodził się na podawanie nazwiska) oraz byłej dyrektor Wojewódzkiego Ośrodka Medycyny Pracy Anny M. Jak informowało Radio Kielce, proces dotyczy kontroli przeprowadzonej w 2024 roku w kieleckim WOMP-ie. Według śledczych, radny Gerard Pedrycz miał wówczas – bezprawnie i za zgodą drugiej oskarżonej, ówczesnej dyrektor placówki, Anny M. – dokonać wglądu w dokumenty pracownicze oraz dane osobowe byłego pracownika ośrodka, Mariusza G.
Na wtorkowym posiedzeniu sąd zaplanował przesłuchanie oskarżonego radnego oraz samego pokrzywdzonego, Mariusza G. Jednak będący kluczową postacią w tej sprawie były pracownik ośrodka, którego dokumenty były przedmiotem kontroli – nie przyszedł. Poinformował jedynie o chorobie, nie przedstawiając wymaganego zaświadczenia lekarskiego.

Przed sądem stawił się natomiast Gerard Pedrycz, który szczegółowo opisał przebieg i motywy przeprowadzonej kontroli, konsekwentnie odpierając przedstawione mu zarzuty.
– Wykonywałem kontrolę, która była moim obowiązkiem. Zdecydowałem się na weryfikację dokumentów Mariusza G. w WOMP-ie, gdyż otrzymywałem od wyborców liczne sygnały o potencjalnych nieprawidłowościach oraz o jego fikcyjnym zatrudnieniu w tej jednostce. Czułem się w obowiązku, aby to sprawdzić. Działałem zgodnie z prawem i wywiązywałem się z roli radnego. Zarzuty o przekroczeniu uprawnień są kompletnie absurdalne, wyssane z palca, a ich jedynym celem jest efekt mrożący i zastraszenie, żebym nie patrzył tak mocno na ręce ani pani marszałek, ani zarządowi województwa. Ja się na pewno temu nie ugnę – podkreśla Gerard Pedrycz.
Zdaniem radnego, sama sprawa sądowa staje się okazją do pokazania niepokojących mechanizmów oraz presji wywieranej w podległych samorządowi instytucjach, czego przykładem ma być trudna sytuacja byłej dyrektor placówki Anny M.
– Ta sprawa daje okazję do pokazania, jak bardzo niepokojące zjawiska zachodzą w instytucjach pod zarządem pani marszałek i jak niepokojące są jej zachowania w stosunku do osób, które z jakichś powodów jej się nie podobają, nawet jeśli są to osoby od lat zasłużone dla funkcjonowania tych jednostek – dodaje radny.

Gerard Pedrycz zwrócił także uwagę na fakt, że postępowanie w tej sprawie zostało pierwotnie umorzone przez prokuraturę, a bieg wydarzeń diametralnie się zmienił dopiero po pisemnej interwencji marszałek województwa.
– Bardzo zastanawiające jest to, że prokurator po wielu miesiącach pracy, przesłuchaniach świadków i analizie dokumentów nie znalazł naruszenia prawa i bardzo mocno umotywował umorzenie sprawy z braku znamion czynu zabronionego. Natomiast po interwencji pani marszałek wypadki zaczęły biec bardzo szybko w przeciwnym kierunku. Bez nowych świadków i bez nowych dowodów prokurator zmienił zdanie o 180 stopni, nie dając mi nawet praktycznych możliwości złożenia wyjaśnień. Pani marszałek nie jest nawet stroną ani pokrzywdzonym w tej sprawie, więc jej interwencja jest tym bardziej dziwna. Chodziło jej wyłącznie o efekt polityczny i pogrożenie palcem radnym, którzy kontrolują zarząd województwa. Jeśli ktoś musi udowadniać swoją niewinność przed sądem, wymaga to czasu i środków, ale mnie tego typu działania raczej motywują do dalszej pracy i na pewno nie ustanę – podkreślił Gerard Pedrycz.
Gerard Pedrycz odniósł się również do dzisiejszej nieobecności pokrzywdzonego na sali rozpraw.
– To, jak bardzo jest zainteresowany tą sprawą – a może jak bardzo się jej obawia – pokazuje dzisiejszy dzień, kiedy nie stawił się w sądzie, bez ważnego zwolnienia lekarskiego. Zobaczymy, czy w przyszłości nadal będzie uchylał się od składania wyjaśnień – podsumowuje radny.
Sąd wyznaczył już kolejny termin rozprawy, na której planuje przesłuchanie następnych świadków w tej sprawie. Wśród nich nie będzie jednak Mariusza G. Mężczyzna został jednak formalnie zobowiązany do przyniesienia odpowiedniego zaświadczenia o chorobie wystawionego przez lekarza sądowego. Za brak takiego dokumentu i nieusprawiedliwione niestawiennictwo w sądzie grozi kara finansowa do 3 tys. złotych, a w skrajnych przypadkach nawet przymusowe doprowadzenie przez policję lub tymczasowe aresztowanie do 30 dni.











