
Dobiega końca kryzysowy sezon artystyczny w Teatrze imienia Stefana Żeromskiego w Kielcach, nazwany przez pracowników „Spokojnie, to tylko awaria”. Wybrany rok temu w konkursie dyrektor instytucji Jacek Jabrzyk otrzymał wreszcie od zarządu województwa umowę o pracę i choć na razie pełni jeszcze obowiązki, to od nowego sezonu będzie już pełnoprawnym dyrektorem, a od nowego roku jego głównym pracodawcą przestanie być sprawca całego zamieszania wokół teatru, a zacznie być minister kultury i dziedzictwa narodowego. Zaczyna się więc nowy rozdział w niemal półtorawiecznej historii kieleckiego teatru, paradoksalnie ostatnią premierą zamykającą sezon. Ktoś już powiedział, że polityczną farsę wokół teatru kończy rzeczywista sceniczna farsa, zespół wystawił bowiem niejako klasykę gatunku, sztukę „Księżyc nad Buffalo” Kena Ludwiga w adaptacji i reżyserii Tadeusza Kabicza. Reżyser dokładnie rok wcześniej, również na zakończenie sezonu, przygotował w Kielcach sztukę „Koń na rycerzu” bardzo dobrze przyjętą przez publiczność i recenzentów, gorzej przez partyjnych funkcjonariuszy, którzy z odbiorem kultury mają wyraźne problemy, w każdym razie oczekiwania wobec kolejnej pracy Kabicza w Kielcach były wysokie, choć wszyscy sobie zdawali sprawę z faktu, że farsa to farsa i ma po prostu bawić.

Tak też było na premierowym spektaklu, choć początek wyraźnie się nie kleił. Odniosłem wrażenie, że przez dekadę grania jednak głównie poważnych i ambitnych sztuk, aktorzy trochę odzwyczaili się od niewyszukanej formy, stąd typowe dla gatunku przerysowania, były może zanadto przerysowane. Inna rzecz, że to my, widzowie, mogliśmy po prostu odzwyczaić się oglądając, albo poważne dramaty, albo po prostu zgrabne komedie. W każdym razie i dialogi wypowiadane bez pomocy teleportów i sam ruch sceniczny w pierwszych minutach przedstawienia nieco kulały. Również widowiskowa, otwierająca spektakl scena „teatru w teatrze” z pirotechniką, pięknymi kostiumami Mateusza Karolczuka, komiczną grą aktorów i rewelacyjną scenografią Kornelii Dzikowskiej-Demirskiej, później już praktycznie się nie powtórzyła a szkoda, bo było to jak trzęsienie ziemi u Hitchcocka, tyle że dalej napięcie raczej nie rosło, a siadało.

To, co z pewnością wyróżniało premierowy spektakl, to jednak gra aktorów. Nie jest tajemnicą, że niektórzy kieleccy artyści są obdarzeni w naturalny sposób komicznym emploi, od lat idealnym do takich ról był Edward Janaszek i doskonale się stało, że wrócił na scenę właśnie w pięknej komediowej sylwetce Richarda. W komediowych postaciach równie dobrze odnajduje się Andrzej Plata i tu jako George doskonale charakteryzuje swoją postać nie sprowadzając jej jedynie do farsowego schematu. Tak prawdę mówiąc, właśnie w jego przypadku „farsowość” wymuszona jest niejako na siłę głównie w karkołomnych zderzeniach, upadkach i gagach, bo poza tym kreuje bardzo ciepłą komiczną postać. Podobnie Ewelina Gronowska, która bez wątpienia jest gwiazdą numer jeden kieleckiego przedstawienia nadając postaci Charlotte mnóstwo indywidualnych cech łamiących całkowicie farsowy schemat. Pozostali aktorzy stanowią niejako tło dla dwojga głównych bohaterów, choć mają swoje „solówki”, przy których najbardziej uśmiałem się obserwując rewelacyjnie zagrane miotanie się na scenie Anny Antoniewicz jako Roz w oczekiwaniu na wejście do gry partnera.








