Zjawisko znane jest od zawsze, w języku polskim doczekało się przysłowia: „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”, w innych nacjach jest to syndrom trawy bardziej zielonej po drugiej stronie płotu. To zjawisko opisywane w nowożytnych czasach przez psychologów, niespełna dwa wieki temu stało się przedmiotem literackiej refleksji Hansa Christiana Andersena w baśni „Kalosze szczęścia”. Właśnie ten utwór wybrał do realizacji na pożegnanie z kielecką sceną dyrektor Teatru Lalki i Aktora „Kubuś” w Kielcach Piotr Bogusław Jędrzejczak. Po dwóch trzyletnich kadencjach artysta zmieni pracę, nie zdradza jeszcze gdzie, w każdym razie gdy kolejna kadencja nie została mu przedłużona i kielecki magistrat ogłosił konkurs na stanowisko dyrektora, Piotr Bogusław Jędrzejczak do niego nie przystąpił. Wygrała Roksana Miner, która obejmie stanowisko wraz z rozpoczęciem nowego sezonu.

Dlaczego „Kalosze szczęścia” i dlaczego Joanna Braun jako scenografka i autorka kostiumów, wreszcie dlaczego Miłosz Sienkiewicz jako kompozytor muzyki do spektaklu? Bo „Kalosze szczęścia” to bardzo oniryczna baśń Andersena a Joanna Braun, jak mało kto, potrafi zaprojektować przepiękne oniryczne kostiumy i tło dla nich, a Bartosz Sienkiewicz równie ambientową muzykę nie tyle ilustrującą, ile wręcz wywołującą konkretne emocje. Piotr Bogusław Jędrzejczak artystycznie bardzo dobrze czuje się w niejednoznacznościach, w umiejscawianiu bohaterów w światach baśni właśnie, a nie skrzeczącej rzeczywistości, więc bliski jest mu Andersen i często mroczny świat duńskiego klasyka. Innymi słowy można odnieść wrażenie, że tym spektaklem Dyrektor chciał niejako podsumować swoją pracę w Kielcach, gdzie tworzył teatr nie tylko dla dzieci, ale bardzo często z myślą o dorosłych, którzy na co dzień zmagają się z coraz bardziej nieprzewidywalnym światem gospodarki i polityki, a w teatrze mogą dowiedzieć się, że niestety nie ma w tym jakiejś aberracji, że świat po prostu taki jest, mało logiczny i mało przewidywalny, rządzony od wieków tymi samymi namiętnościami. Akurat ten spektakl jest też częścią większego projektu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego udostępniania teatru widzom do tej pory wykluczanym z wydarzeń kulturalnych z racji odrębności ich percepcji. To się na szczęście zmienia i „Kalosze szczęścia” będą oglądały dzieci szczególne, bardziej od innych wrażliwe na otaczającą je rzeczywistość i bardziej skłonne chronić się właśnie w onirycznych przestrzeniach i krajobrazach.

Jest wreszcie świat kieleckiego przedstawienia teatrem w teatrze, jak głosi kolejny kulturowy topos. Pięknie w spektaklu „Kalosze szczęścia” zilustrowała to Joanna Braun ustawiając po środku sceny mansjon jednoznacznie kojarzący się z jarmarcznym teatrzykiem parawanowym, jakie w czasach Andersena znane były na duńskich targowiskach a i w Polsce tamtych czasów zapewne występowały. Najczęściej aktorzy animowali tam pacynki bądź kukiełki, ale przecież mogły to być również tintamareski, swoiste połączenie żywego aktora i lalki, zespolenie dwóch postaci, jakże wymowne w ostatniej sztuce Piotra Bogusława Jędrzejczaka, jakby Dyrektor chciał powiedzieć, że w zawodzie artysty teatru trudno wyznaczać ścisłą granicę między pracą w teatrze a życiem poza sceną.

Dlaczego „Kalosze szczęścia”? Andersen pisząc baśń, był już jak na standardy pierwszej połowy XIX wieku człowiekiem na wskroś dojrzałym, miał bowiem 33 lata, chrystusowy wiek. Innymi słowy wiedział, że hasło: „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”, to tylko iluzja. Ale wiedział też, że iluzja lepszego życia, choć fałszywa, nie oznacza przecież, że realne wcale nie jest takie złe. Dziś wiemy – był pesymistą, bo jeżeli ani to wyobrażone życie, ani to realne nie są ideałami, to prawdę mówiąc skazani jesteśmy na życiowe udręki. Tylko ich akceptacja może nas wyciszyć, uspokoić. Taka wiedza rzeczywiście przystoi dojrzałym ludziom. Nie zmienia to faktu, że sen i senny świat mogą być piękne i w kieleckim spektaklu dzięki doskonałemu współgraniu aktorów, kostiumów, scenografii i pomysłu reżyserskiego, immersyjnemu systemowi dźwięku, muzyce i scenicznym onirycznym ruchom aktorów w choreografii Grzegorza Pańtaka, to wszystko przenosi widzów w ich własne sny o lepszym świecie, tam gdzie nas nie ma.
Aktorzy tworzą ten senny nastrój od samego początku, Anna Iwasiuta i Mateusz Wyżliński jako wróżki Szczęście i Smutek przeprowadzają nas przez perypetie osób zakładających magiczne ochraniacze na buty, które w spektaklu są współczesnymi kroksami. Debiutują w „Kaloszach szczęścia” aktorzy, dopiero co zatrudnieni w Kielcach i debiutują bardzo udanie. Zarówno Karolina Konicka jak i Bartłomiej Wąsik świetnie poradzili sobie i z interpretacją postaci, i różnymi przecież w spektaklu technikami gry aktorskiej i lalkarskiej. Wróży to bardzo dobrze, bo przypomnijmy, od ubiegłego roku dyrektor Jędrzejczak wyraźnie odmłodził zespół artystyczny kieleckiej sceny lalkowej pozostawiając swojej następczyni artystów podatnych na wszystkie twórcze eksperymenty i jak się wydaje świetnie też współpracujących z zasłużonymi już i doświadczonymi aktorami kieleckiego „Kubusia”.












