Pogrom Żydów w Kielcach trwał kilka godzin w centrum miasta, w pobliżu siedzib formacji siłowych i przy obecności tysięcy mundurowych. W tak zmilitaryzowanym mieście nie powinien się wydarzyć – ocenił w rozmowie z PAP historyk dr Ryszard Śmietanka-Kruszelnicki.
– Z moich badań wynika, że w miesiącach poprzedzających 4 lipca stan ten był dobry. Formacje siłowe były sprawne, społeczeństwo spacyfikowane, a podziemie niepodległościowe niemal całkowicie rozbite – powiedział PAP.
Jak dodał, władza komunistyczna mogła w Kielcach funkcjonować spokojnie. Dlatego wydarzenia z 4 lipca, trwające kilka godzin w samym centrum miasta i w sąsiedztwie siedzib sił represji, określił jako „swoisty fenomen, który nie powinien mieć miejsca”.
Pogrom Żydów w Kielcach rozpoczął się po rozpowszechnieniu fałszywej pogłoski o uwięzieniu i zamordowaniu przez Żydów chrześcijańskiego chłopca. Wydarzenia rozegrały się przede wszystkim przy ul. Planty 7, gdzie znajdowała się kamienica zamieszkiwana przez ludność żydowską. W czasie pogromu – według najczęściej przytaczanych danych – zginęło 37 osób narodowości żydowskiej i troje Polaków, a 35 Żydów zostało rannych.
Śmietanka-Kruszelnicki podkreślił, że kluczowe dla analizy wydarzeń jest ustalenie, jakie siły znajdowały się wówczas w Kielcach i kto nimi dowodził. W mieście stacjonowały m.in. dwa bataliony Wojsk Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz 4. pułk piechoty z 2. Warszawskiej Dywizji Piechoty. Jak wskazał historyk, system dowodzenia najważniejszymi jednostkami spoczywał w rękach oficerów sowieckich.
– Dowódcą dywizji był płk Stanisław Kupsza, pułkiem dowodził ppłk Wasyl Kułakowski, a Komendą Miasta mjr Wasyl Markiewicz. Nawet koordynacja działań jednostek WBW w dniach pogromu należała do trzech oficerów sowieckich: por. Borysa Rumiancewa oraz kapitanów Mikołaja Krugłowa i Wasyla Zastyłowa – wyliczył. W jego ocenie osoby te były współodpowiedzialne za stan bezpieczeństwa w mieście.
Historyk zaznaczył, że w dniu pogromu w Kielcach znajdowało się kilka tysięcy żołnierzy, milicjantów i funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Do miasta wróciły już grupy wojskowe osłaniające referendum z 30 czerwca. W pogotowiu była również ponad 170-osobowa grupa ze szkoły oficerskiej KBW z Legnicy oraz stuosobowy oddział z 2. batalionu 18. Pułku NKWD pod dowództwem mjr. Sorokina.
– Możliwości obrony i zabezpieczenia miasta od strony formacji siłowych były zatem bardzo duże – ocenił Śmietanka-Kruszelnicki.
Za moment przełomowy w przebiegu zajść historyk uznaje wejście do budynku przy Plantach grup wojskowych pod dowództwem mjr. Wasyla Markiewicza. Według niego żołnierze rozbroili Żydów, którzy posiadali legalną, wydaną przez Urząd Bezpieczeństwa broń do obrony własnej.
– Pozbawiono ich w ten sposób możliwości ratowania życia – i zrobiło to wojsko – powiedział. Jak dodał, z relacji świadków, w tym z protokołu Hanki Alpert, wynika, że żołnierze nie tylko wyprowadzali Żydów na zewnątrz, gdzie atakował ich tłum, ale także sami brali udział w strzelaniu do ofiar. Część wojskowych miała też zdejmować mundury i czapki oraz oddawać strzały z okien drugiego piętra w stronę tłumu, co agresywni cywile mogli interpretować jako atak ze strony Żydów.
W publikacji historyk przywołuje także źródła wskazujące na zamieszanie wokół działań mjr. Markiewicza. W jednym z dokumentów zapisano, że miał on pozwolić ludziom wejść do budynku, by „przekonali się” i „szukali wszędzie”. W innym zeznaniu mowa jest o rozkazie strzelania „na postrach”, po którym żołnierze mieli strzelać do Żydów.
Śmietanka-Kruszelnicki nie sprowadza jednak odpowiedzialności wyłącznie do działań wojska. W jego ocenie w Kielcach doszło do zjawiska „próżni władzy” i „kontrolowanego chaosu”. Jak wyjaśnił, osoby dowodzące formacjami – w tym szef kieleckiego UB mjr Władysław Sobczyński – współtworzyły tę sytuację przez kilkugodzinną bierność.
– Mimo dostępnych sił, m.in. funkcjonariuszy ze szkoły w Zgórsku, nie zdecydowano się na ich użycie w charakterze zwartym aż do momentu, gdy doszło już do najbardziej krwawych zajść – powiedział. Jego zdaniem zaniechanie działań również mogło mieć charakter prowokujący. Brak zdecydowanej reakcji wojska i służb mógł zostać przez tłum odebrany jako przyzwolenie.
Historyk zastrzega, że rozważania o prowokacji nie mogą zwalniać z odpowiedzialności osób, które biły, rabowały i zabijały. W publikacji podkreśla, że analiza możliwych działań prowokacyjnych nie może być „tarczą obronną” dla sprawców przemocy. Jednocześnie wskazuje, że sam antysemityzm i spontaniczne zachowania tłumu nie wyjaśniają całej dynamiki wydarzeń.
– Całość tych wydarzeń w tak silnie zmilitaryzowanym mieście nie mogła się wydarzyć bez jakiegoś rodzaju przyzwolenia ze strony osób decyzyjnych – ocenił dr Śmietanka-Kruszelnicki.
Jak wskazał historyk, po pogromie władze komunistyczne prowadziły kampanię propagandową wymierzoną w podziemie niepodległościowe, Polskie Stronnictwo Ludowe, Kościół i władze RP na uchodźstwie. Historyk zauważył jednak, że w pierwszym półroczu 1946 roku podziemie niepodległościowe na Kielecczyźnie było już w dużej mierze rozbite, a społeczeństwo spacyfikowane.
Ten kontekst – jak podkreślił – jest jednym z kluczowych elementów zrozumienia, dlaczego pogrom w centrum wojewódzkiego miasta pozostaje jednym z najbardziej spornych i wymagających dalszych badań wydarzeń powojennej historii Polski.








