
Przez lata był nauczycielem, harcmistrzem, pedagogiem, samorządowcem, strażakiem, posłem i społecznikiem. W „Dzień Dobry, to Ja! Rozmowy inne niż wszystkie w Radiu Kielce” odkładamy jednak na bok funkcje i stanowiska. Lucjan Pietrzczyk opowiada o domu rodzinnym i ludziach, którzy go ukształtowali, wartościach, trudnych chwilach i o tym, co po latach uważa za naprawdę ważne. Mówi też o swojej potrzebie naprawiania siebie, o reagowaniu na krzywdę innych i o zasadzie, którą – jak podkreśla – warto kierować się w życiu: „Warto być przyzwoitym”.
Gdyby mógł Pan wrócić myślami do siebie sprzed dwudziestu lat – czego wtedy o życiu jeszcze Pan nie wiedział?
– Nie wiedziałem, że zajmę się polityką. Byłem bardzo zaangażowanym samorządowcem. Samorząd to było moje życie, tam chciałem się realizować. Praca zawodowa plus samorząd. W pierwszych wyborach do Sejmu wystartowałem w 2007 roku, ale jeszcze w 2006 nawet o tym nie myślałem.
Czy jest takie wydarzenie w Pana życiu, do którego wraca Pan myślami częściej niż do innych? Co sprawia, że właśnie ono zostało z Panem na tak długo?
– Być może to jest to sceniczne z grzybkiem. Ale takich historii jest wiele. Jestem z pokolenia, które przeżyło bardzo pozytywne i fajne chwile.
Maturę zdawałem, mając dwadzieścia lat, bo kończyłem znakomite technikum. Nauczyło mnie ono bardzo technicznego myślenia, konkretnego podejmowania decyzji na podstawie danych. W 1980 roku zdawałem maturę i dostałem się na studia.
A w tym czasie był ten wielki Festiwal Solidarności. Później 1981 rok, który też wiele dał do zrozumienia. Później 1989.
Jeszcze przed czerwcem miałem fantastyczną możliwość współpracy w Komitecie Obywatelskim z takimi osobami jak Leszek Drogosz, Stasiu Hojda, Janusz Kędracki, Wiktor Pyk. Słuchajcie, to było bardzo fajne, zwłaszcza Leszek Drogosz. Wiecie, to jest legenda.
I później chociażby praca w samorządzie, w Sejmie. Więc dużo było takich historii, które kształtowały moje pokolenie. Jestem dzieckiem tej epoki.

Każda ważna droga ma swoją cenę. Co Pan musiał oddać albo stracić po drodze do miejsca, w którym dziś Pan jest?
– Chyba nic. Bo jest taka historia, że jeżeli ktoś sam szuka sobie zajęcia, jeżeli sam znajduje sobie zainteresowania, a ja zawsze miałem tych zainteresowań więcej niż potrzeba, to w końcu dochodzi do takiego stanu, że trzeba coś robić. Te fajne rzeczy, które robiłem, na przykład wybory, wcale mi nic nie zabrały, a dużo dały. Więc nie mam takiego poczucia straty. Fajnie, szybko, dobrze, mocno się żyje. I ta energia trwała dalej.
Każdy z nas spotyka na swojej drodze ludzi, bez których dziś byłby kimś innym. Kto najmocniej ukształtował Pana jako człowieka?
– Oj, cała masa ludzi. Ja wręcz wysysałem te fajne rzeczy z osób, które spotkałem. Na pewno dom rodzinny, na pewno moje starsze siostry. Tu robię pełną powagę. Później nauczyciele, pani od polskiego, wychowawczynie. Później w technikum całe grono fantastycznych kolegów, których spotkałem. To było przecież technikum mechaniczne. A później, jeśli chodzi o uprawianie sportu, no chyba jednak Andrzej Szołowski. To gigant. Jestem jego nieodrodnym dzieckiem.
Kiedy ostatnio ktoś zmienił Pana sposób myślenia? Co Pan wtedy usłyszał albo czego Pan doświadczył?
– Kiedyś byłem finalistą Wojewódzkiego Konkursu Wiedzy Filozoficznej i dużo o etyce i moralności było tam, w ramach przygotowań, mówione. Więc sięgnąłem do tej wiedzy sprzed czterdziestu, prawie pięćdziesięciu lat.
Jakiej cechy najbardziej potrzebuje Pan u człowieka, z którym ma Pan pracować, a jaka cecha sprawia, że zapala się w Panu czerwona lampka?
– Zaczynamy od wewnętrznej uczciwości. Jak ktoś jest krętem, to gdzieś to się wyczuwa. Każdy z nas wyczuwa, że ktoś jest krętem. Nie jakimś bajkoopowiadaczem, bo mój najlepszy kolega ze szkoły podstawowej to był straszny mitoman. To był genialny mitoman. Tak dzisiaj można powiedzieć. Wtedy mówiło się: zmyślacz. Ale to była przepozytywna osoba.
Natomiast jak ktoś jest takim krętaczem wewnętrznym, to te lampki się zapalają. Ale to chyba nie jestem jakiś oryginalny.
Mówimy czasem, że ktoś jest po prostu dobrym człowiekiem. Po czym Pan poznaje, że ktoś jest dobrym człowiekiem?
– Złych ludzi poznaje się po czynach, ale dobrych też. Dobrzy ludzie to nie są jacyś superbohaterowie, którzy ratują planetę: Superman, Batman czy ci inni Kapitanowie Ameryka. To są ludzie, którzy przyzwoicie prowadzą swoje życie, przestrzegają zasad moralnych, dziesięciu przykazań i są dobrzy, pozytywni. A źli ludzie to są ci, którzy krzywdzą innych. Tak bym to powiedział.

Co dziś potrafi Pana dogłębnie wzruszyć?
– To akurat nie chcę szpanować ani popisywać się twardzielstwem, ale te wzruszenia jakoś rzeczywiście za bardzo się mnie nie imają. Ale na pewno są takie wzruszające chwile jak – uwaga – 5 czerwca 1989 roku. Dlaczego nie czwarty? Bo piątego ogłosili wyniki. Kiedy okazało się, że: hej, jesteśmy wolni.
Może nawet wybór papieża, chociaż dla osiemnastolatka to jeszcze nie były takie historie. Ale na pewno cała atmosfera po śmierci papieża.
To są rzeczy fajne i takie rodzinne, proste rzeczy, przy których gdzieś tam jakieś wzruszenie czuję.
Uwaga, bardzo jest mi miło. Nie wiem, czy to jest wzruszenie. Powiedziałem „uwaga”, to podkreślę jeszcze raz: uwaga – jak się komuś coś fajnego uda.
Każdy przeżywa trudniejsze chwile. Co pomaga Panu odzyskać spokój, kiedy życie nie układa się po Pana myśli?
– Spokój. Po prostu spokój. Każdy ma swój próg wrażliwości na kłopoty. To jest chyba też dane w konstrukcji psychicznej człowieka – bo wiemy tam o dziedziczeniu, o tym wszystkim, ale też o wychowaniu. Ja jestem dziecięciem wsi świętokrzyskiej, z tak zwanej gospodarki. Cztery i pół hektara było w domu, szóstej klasy Z, Ź i Ż, jak mi się wydaje. A więc to było takie życie nieco twardsze niż inne.
Ale też, jak się coś dzieje paskudnego, to spokój. Nawet niektóre sporty, które uprawiałem, wymagały dużego spokoju. Jakoś się to złożyło.
Każdy z nas doświadcza w życiu sytuacji, które trudno zostawić za sobą. Co pomaga Panu się z nimi uporać?
– No nie możemy. Na różne sposoby próbujemy. Niestety, to nam nie wychodzi.
Co jest dla Pana najtrudniejsze do zaakceptowania – u innych, w świecie, a może w samym sobie?
– U siebie również? To jest ta potrzeba naprawiania siebie. Bo jestem osobą, która nadal często się zastanawia, czy dobrze, moralnie, jak należy, się zachowałem, czy też nie.
A u innych – jeżeli ktoś opowiada bzdury, duby smalone, totalne pierdoły. I tłumaczy mu się, mówi się, pokazuje argumenty, a on: nie i nie.
I jeżeli jeszcze z tego postępowania wynika takie dokuczanie ludziom, robienie krzywdy, to słuchajcie, to mnie strzela.
Zresztą ja byłem osobą, która w autobusie, na ulicy zawsze reagowała na takie złe historie. Nawet jak można było wtedy odnieść szwank cielesny – trudno.
Teraz ludzie są zamknięci w samochodach, w swoich telefonach, tak już nie ma. Ale pan redaktor pamięta te niegdysiejsze czasy, kiedy różne rzeczy na ulicy się zdarzały?
Na chwilę odłóżmy wszystkie sukcesy zawodowe. Gdy patrzy Pan na swoje życie: z czego jest Pan najbardziej dumny jako człowiek?
– Z wielu rzeczy. Bardzo wielu rzeczy. Bo tak ciężko znaleźć jedną rzecz. Jeśli spojrzę wstecz, to miałem tak bogate życie, a jeszcze wiele przede mną, że jestem dumny z wielu historii.
Z tego najbardziej jestem dumny, że jakoś po bożemu prowadzę to życie. Szkoły pokończyłem, założyłem rodzinę. Wszystko funkcjonuje.
Dwóch synów – chyba na porządnych gości. Chyba… na pewno wychowałem!
Mnóstwo przyjaciół mam, znajomych, nawet w Radiu Kielce. Jak widzicie Państwo, tak to powiem. Więc rzadko spotykam się z jakąś taką otwartą agresją wobec siebie, która zarzucałaby mi, że jestem zły, niedobry, paskudny, odrażający typ.

Gdyby miał Pan dziś powiedzieć jedno szczere „dziękuję”: za co i do kogo byłoby ono skierowane?
– Zdecydowanie rodzicom. Rodzicom i wspomnianym dwóm starszym siostrom, których zadaniem było – jak do tej pory opowiadają – wychowywanie mnie jako pacholęcia. Ale tak, dom jest ważny. Tam się łapie fundament. I przede wszystkim to, że oni jakoś za mną nadążali.
Gdyby mógł Pan zaprosić na spokojną rozmowę jedną osobę – żyjącą lub nie – z kim chciałby Pan usiąść przy stole i o czym byście rozmawiali?
– Znowu trudne pytanie, bo to bogate życie powoduje, że mnóstwo takich osób spotkałem. Mam nadzieję, że jeszcze spotkam. To na pewno są najbliżsi: żona, dzieci, rodzina, siostry, mnóstwo fantastycznych kolegów, mnóstwo fantastycznych trenerów. I teraz, chociażby w tym życiu publicznym, spotkałem mnóstwo fajnych ludzi.
Dzisiaj spotkałem się z panem ministrem Maciejem Laskiem, który jest ministrem, ale jest przede wszystkim lotnikiem, więc zawsze miło się rozmawia.
Poznałem ostatnio niejakiego Apoloniusza Teinera. Było mi bardzo miło, kiedy powiedział: „Mów mi Polo”. Więc miałem też odpowiedzieć: „Też mi mów Polo”. Jeden i drugi potrafią latać.
Obok mnie w ławach poselskich siedzi Andrzej Szywiński. Znakomita postać. I dużo, dużo, dużo takich osób. Już nie mówię o tych topowych postaciach ze świata naszego publicznego, ale naprawdę dużo jest takich ludzi.
Nie było jednej osoby, która by mnie tak pochwyciła i uformowała.
Wyobraźmy sobie, że spotykamy się ponownie dokładnie za dziesięć lat. Jakim człowiekiem chciałby Pan wtedy być?
– Najlepiej dokładnie takim samym jak teraz. Czyli żeby ten ząb czasu mnie nie nadgryzał zbyt intensywnie. Ale prawdopodobnie za dziesięć lat będę zażywał emerytury.
A patrząc dzisiaj na życie z perspektywy Pana doświadczeń, sukcesów, porażek, radości i błędów – czego nauczyły Pana te kolejne lata? Jaką jedną radę chciałby Pan przekazać młodym ludziom?
– Nie będę oryginalny. I nie ja to wymyśliłem. Wiecie, kto wymyślił: że warto być przyzwoitym? Warto się zastanawiać, czy to, co robisz, jest po prostu dobre. I tu wracamy do tego technikum mechanicznym, kiedy byłem przygotowywany z tego trudniejszego języka filozoficznego, z zakresu etyki, moralności i tych innych historii filozoficznych.
Warto być przyzwoitym. I ja się z tym zgadzam.
























